wtorek, 22 listopada 2016

Życie z grindcorem – rozmowa ze Sfensonem (Unborn Suffer, Kontagion)

Unborn Suffer (od lewej: Lukass, DreadRock, Sfenson)

Pierwszy wywiad na tym blogu przeprowadziłem jakiś czas temu z niezwykle sympatycznym muzykiem Unborn Suffer i Kontagion, Damianem Sfensonem Bednarskim. Kolejne wywiady będą tak, jak wszystko na tym blogu pojawiać się nieregularnie. W planach papierowy zine na takie wymysły...

Wasz ostatni album, The Nihilist, zbiera zdecydowanie pozytywne recenzje. Jak oceniasz to wydawnictwo na tle całej twórczości zespołu?

Jako najbardziej grindcore’owy album w naszej twórczości mający jednak nadal sporo elementów death metalowych. Jestem bardzo zadowolony z brzmienia, kompozycji, sampli i tekstów jakie znalazły się na tym krążku. Nie powiem teraz czegoś tak sztampowego jak „to najlepszy album jaki zrobiliśmy”, to zostawiam naszym słuchaczom do oceny.

Sztampowe są raczej pytania tego typu, ale nie mogę zakładać, że każdy jest na bieżąco z Waszą muzyką. W muzyce US widać zmiany i stopniowe przechodzenie z death metalu w kierunku grindu. Też tak to widzisz? Z czego to wynika?

Wynika z prostego faktu – Unborn Suffer zawsze był zespołem mieszającym death metal i grindcore, z tym, że dotychczas przeważały elementy brutal death metalu a grindcore był niekiedy tylko dodatkiem. Na Nihilist sytuacja odwróciła się o 180 stopni a co dalej? Jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. Czas pokaże.

Czy ma to też przełożenie na zespoły, które Was inspirują? Czy tu też są zmiany, ewolucja, czy w domu łoicie disco polo, a muzyka jaka wychodzi, taka wychodzi?

Wypowiem się za siebie i przyznam, że w chwili obecnej słucham znacznie więcej grindcore’a niż death metalu. Ta muzyka jest ze mną już od dawna, ale dopiero od ostatnich kilku lat mocno zagłębiłem się w różne sceny grindowe, poznałem wiele klasyki gatunku, wiele nowych kapel, czy to goregrindy, polityczne grindy, pornogrindy. Death metal ciut mnie zmęczył, nadal uwielbiam klasyki gatunku i wracam często do kapel, które mnie ukształtowały (np. Suffocation) ale nie odnajduję tego WOW w tych wszystkich nowych kapelach brutal death (Gorgasm czy Defeated Sanity akurat w ogóle nie zawiedli). Więc u mnie to zdecydowanie przełożenie na kapele, których obecnie słucham.

A nowi Bracia Figo Fagot?

Skończyłem na Eleganckich Chłopakach i dostałem od naszego basisty Dreada DVD w prezencie Live 30%. Ta wiedza na temat ich twórczości mi wystarczy (śmiech)

Nie każdy łapie ten klimat, ja akurat należę do ich betonowego elektoratu.
Miałem zapytać czy Masz jakiś soundtrack z kucia tynków dla łapania nastroju czy może nie słuchasz niczego, bo hałas wystarczy Ci na próbach i koncertach? Trochę już napisałeś w tym temacie, ale przypuszczam, że nie samym deathem i grindem żyjesz. W końcu coś Cię inspiruje do grania w Kontagion

Soundtrack do kucia tynków? To chyba jedynka Einstürzende Neubauten Kollaps. To ładnie ryje banię i ściany (śmiech). A co mnie inspiruje do tworzenia muzy w KONTAGION? Głównie industrial oraz industrial metal, ale też groove i gdzieniegdzie nawet death metal. KONTAGION to sroga mikstura i nie każdy ją rozumie.

No to pozostańmy przy niezrozumieniu. Mam głupi zwyczaj namawiać na metal znajomych, którzy niczego bardziej ekstremalnego od Piaska bez Chojnackiego nie słyszeli. Jak w słowach godnych dyplomaty zachęciłbyś przeciętną polską gospodynię domową do zapoznania się z twórczością US?

Fajna muzyka do momentu, aż wchodzi wokal. Sprawdź! (śmiech)

Kontagion (Sfenson pierwszy od prawej)
Widziałem zachętę DreadRocka i tam było coś o cyckach Ani Lewandowskiej. Zdecydowanie on bardziej mnie przekonał, ale to w końcu płeć piękną miałeś namawiać
Jak oceniasz polski, nazwijmy to ogólnie, metalowy underground? Trzy najbardziej marnujące się w piwnicach kapele w polskim undergroundzie to według Ciebie...?

Trudne pytanie. Nie śledzę aż tak polskiego undergroundu, więc może postaram się odpowiedzieć „lokalnie”. Jest u nas w Bydgoszczy taki zespół EGOISTIC, moim zdaniem oni zasługują na większy fame. A z innych miast – bardzo lubię i kibicuję ANUS MAGULO. PARRICIDE zawsze zasługiwał na większą renomę. Te kapele w chwili obecnej przychodzą mi do głowy.

Trafiliście niedawno do Selfmadegod Records. Jakie są dotychczasowe doświadczenia we współpracy? Jesteście zadowoleni? Tak to sobie wyobrażaliście? Co zmieniło się w porównaniu do poprzedniego labelu - Ghastly Music.

Tak naprawdę wszystko. Kontakt z wytwórnią jest płynny i bardzo profesjonalny. W końcu dotarliśmy do większej publiki w Polsce. Nasze wywiady i recenzje pojawiły się w popularnych gazetach o muzyce metalowej, nie tylko w naszym kraju. Lajków na FB przybywa, otrzymujemy coraz więcej wiadomości od fanów. Nic tylko się cieszyć.

Faktycznie wywiadów jest multum. A czy myśleliście o jakimś dłuższym wypadzie poza granice naszego kraju? Są na podziemnej scenie ekipy, które wybierają się nawet poza ocean... Nex, z którym zdarzyło Wam się grać na Drrramie w Gdańsku był z kilkunastoma koncertami w Rosji...

Myśleć myśleliśmy, nie raz. Nawet obecnie jestem w trakcie rozmów i negocjacji z rożnymi Festiwalami, ale to „temat ściana”. Głównie spotykamy się z brakiem zainteresowania albo nędznymi warunkami pt. przejazd w całości za swoje. Nie tędy droga. Ja może i żyję teorią, że trzeba grać, grać i jeszcze raz grać, ale nie za wszelką cenę.

Grasz już z US 15 lat. To może powiedz parę słów o filmie Nie wszyscy są z nas, który ten czas podsumowuje. Jak udała się premiera? Gdzie jeszcze będzie można ten film obejrzeć?

Premiera wyszła świetnie. Życzyliśmy sobie, żeby miejsc siedzących na niej zabrakło i tak się właśnie stało. Ludzie dopisali, a zorganizowanie tego wydarzenia w takim klubie, jak Mózg było dodatkowym plusem. Dokument o nas będzie można zobaczyć jeszcze raz na naszym 15-leciu, które odbędzie się już niedługo, czyli 17.12.2016 w klubie Estrada Stagebar w Bydgoszczy. A potem? Albo wrzucimy na neta, albo wydamy jako DVD, jeszcze nie wiemy.

Właśnie... Jak wyglądają plany wydawnicze? Szykujecie coś nietypowego? Split, składankę? A może po prostu mielicie już materiał pod kolejny pełnowymiarowy krążek?

Na razie żadnych planów wydawniczych. Promujemy „Nihilistę” oraz szykujemy się na 15-lecie, które będzie przepełnione atrakcjami i gośćmi. Jak nasz występ na tym wydarzeniu fajnie wypadnie to może wydamy to na DVD dorzucając dokument, zobaczymy.

Dbacie o oprawę, o detale. Widać to przy kolejnych albumach, widać na koncertach. Kto o tym decyduje? Macie w tym aspekcie demokrację czy jesteś tyranem i despotą? Takie zarzuty słyszy chyba każdy muzyk, który kierując bandem zmienia członków zespołu. Pomyślałbyś w ogóle o sobie w tych kategoriach?

Jeśli chodzi o UNBORN SUFFER, to każdy z nas dba o detale i o to, żeby „chodziło” oraz „żarło”. W KONTAGION natomiast ja dbam o smaczki i zgranie całej kapeli. Co do tyrana i despoty – przez wiele lat byłem tak postrzegany przez ludzi spoza zespołów. Wielu nadal uważa, że taki jestem. Z pewnością nauczyłem się na błędach i dziś staram się wykonywać liderowanie najlepiej jak mogę. Z resztą liderem to jestem tylko w KONTAGION, w UNBORN SUFFER nie ma takiej osoby.

Jak muzyk zaangażowany w dwa zespoły radzi sobie w normalnej, codziennej pracy zarobkowej? Miałeś jakieś problemy przez tatuaże? A może szef słuchał muzyki i stwierdził, że taką sztukę może tworzyć tylko chory pojeb? Przyznam się, że liczę na jakąś opowieść tego typu.

Na szczęście miejsce, w którym pracuję nie zwraca uwagi na wygląd, tylko na jakość wykonywanej pracy. Zatem – niestety – nie mam dla Ciebie kontrowersyjnej opowieści. No może poza tą: na rozmowę kwalifikacyjną zdjąłem cały piercing i zasłoniłem rękawy oraz szyję a gdy dostałem pracę i przyszedłem cały okolczykowany i z odsłoniętymi dziarami to dziewczyna, która prowadziła ze mną rozmowę w żartach tylko powiedziała – oszukista  Co do tworzonej przeze mnie muzyki – mało kto się tym zainteresował u mnie w pracy. Może to i dobrze (śmiech)

Puenty nie będzie.

poniedziałek, 3 października 2016

SU: Tańcząc walca z kłykcinami

Support Underground

Unborn Suffer - Nihilist

Byłem przekonany, że temat nihilizmu pojawi się raczej przy recenzji najlepszego według mnie krążka Decapitated a tu taka niespodzianka. Nie dość, że napiszę o krążku z tego roku, to jeszcze muszę wspomnieć, że o recenzję poprosil Sfenson - lider bydgoskiego zespołu Unborn Suffer. Długo kazałem mu czekać, ale robię u siebie, więc zgodnie z zasadami nie robię na odpierdol.

Zbierałem się do tego tekstu parę długich tygodni, więc mam wytłumaczenie dla chujowego wstępu. Unborn Suffer na szczęście takiego alibi nie musi szukać. Od pierwszego odsłuchu szczęka opada, a potem jest już tylko lepiej. Już jako drugi atakuje genialny Open Defiance do którego nakręcono teledysk. Jest odhumanizowany klimat, duecik wokalny Sfenson-DreadRock zapełnia przestrzenie perfekcyjnie. Krótko na temat i z pomysłem, W klipie Piotr pozbywa się dredów. Odważnie i z sukcesem zrealizowane wideo.

Nie jestem znawcą grindowych zespołów. Lubię zapuścić sobie Isacaarum, ale tutaj teksty są na dużo poważniejsze tematy niż pornosy Czechów. Są nawiązania do Fight Clubu Palahniuka (oczywiście utwór Tyler Durden). Kawałek 08.09.1968 to z kolei historia Ryszarda Siwca i tekst inspirowany jego listem pożegnalnym. Wszystko leci po bani jak pomroczność jasna i zaprasza do walczyka i ruszania dupą łącznie z kłykcinami. Przerywniki pomiędzy utworami są umiejętnie wplecione i nie irytują i za to szacun. We wkładce odszukałem, że sample są m.in. z wypowiedzi Georga W. Busha czy Roberta Oppenheimera. Talentu kompozytorskiego nie brakuje, do tych 17 utworów zmieszczonych na krótszym niż pół godziny materiale chce się wracać. W pisanie muzyki i tekstów zaangażowani są wszyscy członkowie bydgoskiego tria.

To nie jest odkrywcza muzyka. To nie jest ani modne, ani nowatorskie. Ale jeśli ktoś, po kim wiemy czego się można spodziewać tworzy dzieło uzależniające i świeże to należy to docenić. Jak pomyślę sobie, że wyszedłem na deski gdańskiego ciasnego klubiku w ten sam wieczór co oni, to po prostu rumienię się ze wstydu i uciekam wzrokiem. Kiedy ja wcinałem pizzę od organizatora ekipa z Bydgoszczy po kolei montowała wytrzeszcz na oczach publiki. Co niektórzy woleli siedzieć na zewnątrz, szaleństwa pod sceną nie było, ale ilość skaczących na parkiecie nie przełożyła się na jakość występu. Ale na relacje już trochę późno, Kawałki z Nihilist na żywo bronią się znakomicie.

A tak na marginesie album zajebiście sprawdza się jako soundtrack do jedzenia jajecznicy w poniedziałek o szóstej rano. Kiedy za oknem pada, ludzi biorą diabli a pojebów słuchających metalu nosi z przesytu energii. Ta choroba musi zarażać, zakażonych będzie przybywać. Cieszy mnie w związku z tym niezmiernie, że zespół widać we wszystkich istotnych dla muzyki metalowej gazetach i portalach internetowych. Chłopaki umieją opowiadać o swojej muzyce. Ja będę się starał skrobnąć coś więcej o ich innych krążkach, bo mam całą dyskografię w kolekcji. Przybywajcie na dźwięk krowiego dzwonu!

Na potrzeby nowego cyklu Support Underground wprowadzam oceny.

Unborn Suffer - Nihilist

Ocena: 9/10


środa, 17 sierpnia 2016

Uciekając z undergroundu

Nex - Totalitarian Leader

Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. Mimo że recenzowany materiał na pewno nie jest hitem sprzedaży nawet w naszym kraju, to obserwując poczynania szczecińskiego bandu mam nieodparte wrażenie, że już wkrótce Nex wskoczy na tory wiodące ku wielkiej karierze.

To z całą pewnością nie jest krążek, który rzucił mnie na kolana i zniewolił narządy słuchu. Kilkanaście minut solidnego death metalu granego na siedmiostrunowych gitarach nie pozostawia mnie jednak obojętnym. Odważne intro może zrazić purystów, ale chcącym cieszyć się muzyką szczecińskiej ekipy pozostając "true" radzę przywołać uwerturę do kultowego krążka Fallen Angel of Doom... Kanadyjczyków z Blasphemy. Utwór Nex zdaje się rozpoczyna też koncerty. Mnie od początku kupił drugi utwór na krążku. Ten Tables of Faith spowodował, że podjąłem decyzję o zakupie krążka Szczecinian. W czasie koncertu w Szczawnie-Zdroju po prostu stałem i gapiłem się z otwartą gębą słuchając zajeżdżającego Vaderem na kilometr utworu. Zwłaszcza gra pałkera przyciąga uwagę. Zresztą, kto widział Nex na żywo na pewno pamięta jego imponujący zestaw perkusyjny. Ostatni kawałek rozpoczyna intro (puszczane też w czasie występów na żywo) nawiązujące do konceptu tej EPki. Zagrywka gitarowa zamykająca Slaves in the Name of Law również może być punktem zaczepienia, powodem do ponownego wciśnięcia przycisku Play, kiedy już dźwięki debiutanckiego materiału Nex umilkną.

Udało mi się poznać czterech muzyków tworzących zespół. Twardo stąpają po ziemi, wiedzą że nie zrobią nagłego przeskoku do wielkich pieniędzy, bo kariera w muzyce metalowej wymaga litrów potu wylanych w ciasnych, często pozbawionych publiki klubach. Zdają sobie sprawę, że muzyka nie broni się sama i trzeba ją promować i co za tym idzie inwestować ciężko zarobione pieniądze w trasy koncertowe.

Już wkrótce Nex wejdzie do studia i zacznie rejestrować pierwszego długograja. Materiał jest już częściowo ograny, bo logiczne jest, że koncertowy repertuar musi być bardziej obfity niż trzy utwory zawarte na Totalitarian Leader. Trasa w Rosji na pewno nie sprawi, że w państwie Putina czwórka Polaków będzie popularna jak również pochodząca ze Szczecina caryca Katarzyna II. Przeczucie mówi mi jednak, że dążenie do celu i omijanie półśrodków sprawi, że jeszcze będę się chwalił graniem z nimi na jednej scenie.

środa, 22 czerwca 2016

Odpoczynek przy melodii

In Flames - Clayman

- Jak na moje ucho brzmią okropnie komercyjnie i wyrachowanie, choć trzeba przyznać, że w ich przypadku zadziałało to ponad wszelkie oczekiwania. Dziś są jednym z największych zespołów w Szwecji (w ogóle), grają potężne trasy na całym świecie, a sprzedaż ich płyt onieśmiela. Jednak z death metalem nie mają już zbyt wiele wspólnego - tak na temat Andresa Friddena i spółki wypowiedział się autor przecudownego opracowania Szwedzki death metal, Daniel Ekeroth. Nietrudno się z nim zgodzić, bo dziś dużo bardziej o brzmieniu szwedzkim dowiemy się słuchając polskiego The Dead Goats niż ekipy z Gothenburga.

Tych 11 utworów z 2000 roku to w wielu zestawieniach kanon melodyjnego death metalu. Miałem w swoim życiu etap, że dźwięki grane przez Szwedów opanowały mojego kaseciaka. Materiał wydawał mi się idealnie wyrażać ciężar, brutalność i melodię, których wówczas szukałem w muzyce. Co gorsze, wydawało mi się, że to wyznacznik tego, jak powinien brzmieć szwedzki death metal.

To ciekawe jak szybko gust muzyczny potrafi ewoluować. Od pierwszego zderzenia z odpychającym growlingiem można dojść do momentu, w którym czysty śpiew w mocnej muzyce jest czymś nienaturalnym. Nadmiar melodii może być wyznacznikiem kiczu, a nie talentu kompozytorskiego. Dziś w celu napisania recenzji dosłownie zmusiłem się do posłuchania Szwedów. Nowszych wydawnictw spod znaku In Flames raczej w ogóle nie tykam, bo kierunek w jakim poszli jest dla mnie totalnie bezpłciowy. Jeżeli mam ochotę na ciężką muzykę z dobrymi melodiami to sięgam po Machine Head albo Carcass. Dużo mniej tam kiczu kojarzącego się z emo-twarzą metalu.

Skupiając się na muzyce trzeba powiedzieć, że od razu wrzyna się w głowę. Nie da się nie zapamiętać melodii jakie Szwedzi zafundowali słuchaczom w takich kawałkach jak Bullet Ride, Pinball Map czy Satellites and Astronauts. Bez popity wchodzi też jeden z kawałków do tej pory granych przez In Flames na koncertach czyli Only for the Weak. Wokalizy Friddena są zróżnicowane. Dominuje wściekły growl, ale pojawiają się też fragmenty screamowane. Brzmienie jest perfekcyjnie klarowne, można ryzykować i puszczać ten album osobom, które metal omijają szerokim łukiem. Czyli jest wszystko to, za co ortodoksi nienawidzą najbardziej.

Na koniec muszę się przyznać, że jednak trochę mi nóżka chodziła przy słuchaniu. Zdecydowanie wolę starszy materiał Szwedów, ale nie mogę zignorować faktu, że najlepiej przygodę z In Flames zacząć właśnie od tego albumu. Jeśli ktoś lubi kontrolowaną agresję z dodatkiem kapitalnych melodii to można zaryzykować, że na pewien czas dźwięki z Gothenburga zawładną jego odtwarzaczem. Clayman to płyta dobra jeśli dopiero zaczyna się przygodę z ekstremalną muzyką. Gdyby młodszy kuzyn czy dziecko znajomych pytało mnie o rekomendację to poleciłbym ten album w ciemno. Nie ukrywam, że liczyłbym przy tym na rychły przeskok na bliższy mi repertuar. Bo taka jest według mnie kolej edukacji muzycznej.

sobota, 30 stycznia 2016

Sobotni freestyle vol. 4. Powrót do przeszłości

Zaniedbałem się muzycznie, a w sprawie tego bloga zaniedbałem się strasznie i karygodnie. Tyle słowem tłumaczenia. Forma "Sobotniego freestyle'u" jest chyba najlepsza na przełamanie.

Jak zaznaczyłem w tytule, dziś muzycznie wracam do przeszłości. Jakieś ładne kilka lat temu, kiedy odkryłem dobrodziejstwo zwane Last.fm zakochałem się totalnie w Mastodonie. Wprawdzie później były też momenty zapomnienia i zawiedzenia w stosunkach pomiędzy mną a ekipą z Atlanty, ale Mastodon niezmiennie pozostaje liderem moich rankingów na serwisie, o którym wyżej wspomniałem. Dziś po raz kolejny zastanawiałem się, jak można zagrać koncert bez killera takiego, jak ten:


Piłkę nożną zapuściłem jeszcze bardziej niż muzykę i wobec królowej gier zespołowych też w pewien sposób się dzisiaj kajam. Szkoci z Mogwai są dobrzy jako sobotnie tło, a szczególnie ich soundtrack do obrazu on najbardziej eleganckim piłkarzu wszech czasów. Nawet, gdy uderzał Materazziego głową zrobił to z gracją. Filmu jeszcze nie dałem rady obejrzeć w całości, ale na pewno w tym roku to nadrobię.


Phil Anselmo jest na cenzurowanym. Kto z nas po pijanemu nie robił głupich rzeczy? A ktoś z nas mieszkał w Nowym Orleanie? Robb Flynn już przywalił frontmanowi Down z grubej rury. Nie będę bronił nikogo, bo nie chce mi się zagłębiać w umysł pijanego Amerykanina, ale swoje wiem. Bardzo nie fair jest wystosowywanie do kogoś komunikatów na mediach społecznościowych, bo z góry skazuje się drugą stronę na przegraną. Wspólne wystąpienie - zarzut i kontrargument - to rozumiem. Tak, czy inaczej, to Phil jest moim królem wśród wokalistów, nie Robb.

https://www.youtube.com/watch?v=4hx8TW6sYys

Zacny był ten rok pod względem koncertów. Obejrzałem sporo polskiego undergroundu, ale najbardziej w pamięci utkwiły mi dwie imprezy. Pierwsza, jeszcze w lutym, w Szczecinie, gdzie rozwalił mnie Oral Fistfuck, a dobili królowie z Asphyx. Jeśli o Holendrach piszę, to musi być Minefield!


W podsumowaniach 2015 roku króluje album Pylon wydany przez Killing Joke. Oprócz singla nie było mi dane jeszcze przesłuchać całości. U mnie niezmiennie rządzi album Killing Joke (ten drugi) z bębnami Dave'a Grohla. Ale ostatnio wróciłem do innego magicznego krążka o mrocznym tytule.



wtorek, 2 czerwca 2015

Piłowanie metalu!

Metal to muzyka, która paradoksalnie potrafi zyskać na wartości, kiedy gra się ją w ciasnym klubie, gdzie ogłuszający hałas podlany potem wywołuje mrowienie w dupie ciarki na plecach. 29. maja w Boogie Barze w Pile odbyła się impreza Piła do metalu zorganizowana przez bydgoski thrashmetalowy Deathinition. Był alkohol, śmierdzące kible i zajebista muza.


The Rising Storm (fot. Simplyclever Photography)
TRS przyjechał z Obornik i zagrał tak, jak ma w zwyczaju - głośno, wściekle i politycznie niepoprawnie. Były niecenzuralne słowa i niegrzeczna konferansjerka gitarzysty rytmicznego Marcina Gronowskiego, był wściekły, urozmaicony czystym śpiewem wokal Marcina Kaźmierskiego. Chłopaki dopiero zaczynają, ale niektóre ich kompozycje mają potencjał na hity. Light (God Doesn't Exist) czy Born in Storm, mogą spodobać się zarówno miłośnikom death metalu, jak i grania bardziej spod znaku groove. Ze sceny zachęcano do zabawy i po kilku kawałkach ruszyło pogo. Prym wiódł dryblas w katanie z ekranem Carcass, który "w debiucie" zderzył się glanem z twarzą innego tańczącego. Trzeba było na niego uważać, ale nie ma to jak dodatkowa adrenalina. 12. czerwca The Rising Storm powalczy w finałowym koncercie o udział w LuxFeście. Jeżeli im się uda, to będą bronić honoru ekstremalnego metalu na największej poznańskiej imprezie rockowej.


Kolejny zespół, mimo że nie organizował koncertu, pełnił honory gospodarzy. Pilski Dying Spirit zaimponował mi najbardziej dopracowanym brzmieniem, kiedy robiłem rekonesans przed przyjazdem na imprezę. Słychać było wyraźne inspiracje Lamb of God, ale w żadnym wypadku nie mogło to być zarzutem. Najlepiej o wybornej formie pilan świadczył potężny młyn pod sceną. Wyproszony przez publiczność zabrzmiał też cover zespołu Akcent Pszczółka Maja. Występ, pomimo awarii basu już w pierwszym kawałku, zasługiwał na najwyższe oceny. Nie wytrzymałem całości pod sceną, bo robiło się jeszcze goręcej i tłoczniej niż przy występie TRS. Nota bene to właśnie chłopaki z Obornik wiedli prym pod sceną.



Maggoth (fot. metal-archives.com)
Maggoth przyjechali z samego centrum Polski, czyli z Pabianic. Z czterech ekip grających w piątek w Pile mają największy staż, ale głośno zrobiło się o nich stosunkowo niedawno. Odkryłem ich dzięki Perłom Metalu kilka dni przed koncertem i z miejsca mnie kupili. Dimebag Darrell żyje! To była pierwsza myśl po zobaczeniu zespołu na scenie. Grający na gitarze wokalista Austin wygląda jak jego żywy klon. Na scenie działo się dużo. W pewnym momencie zapadła się nawet jedna z desek. Niestety tłumy zniknęły z sali, ale grający się tym w ogóle nie przejmowali. Raz po raz Austin albo basista Grucha zeskakiwali do kilkunastu ludzi słuchających ich gry. Entuzjazm wzbudził cover... Pantery (sic!). Domination zostało odegrane popisowo. Swoją drogą najwięcej mojej uwagi przyciągała gitara prowadząca. Tego nie da się opisać, to trzeba usłyszeć. Po koncercie udało mi się kupić ich debiut System Error. Bez dwóch zdań są moim nowym "ulubionym" zespołem. Ostatni koncert, który tak mnie zachwycił to Oral Fistfuck w lutym w Szczecinie przed Asphyx.


Na końcu na dziurawą już scenę weszli organizatorzy koncertu i gwiazda wieczoru, bydgoscy thrashowcy z Deathinition. Trzeba przyznać, że mają chłopaki dobry PR, bo w internecie o nich pisze się dużo i zazwyczaj pozytywnie. Bez problemu można dotrzeć do ich nagrań. DN mają w dorobku epkę Art of Manipulation z czterema numerami, którą można było zakupić na stosiku z merchem. Była też oldskulowo wydana kaseta, koszulki w różnych kolorach i naszywki. Widać, że myślą o fanach. Akurat z muzyką tego zespołu najmniej mi było po drodze z całego składu Piły do metalu, co nie znaczy, że mi się nie podobało. Publiczność już mocno przetrzebiło zmęczenie i alkohol, ale nie zabrakło wiernych pogujących w pierwszej linii pod sceną. Widać było, że granie koncertów to dla ekipy z Bydgoszczy nie pierwszyzna. Udanym dodatkiem do autorskiego setu był cover Kata Zawieszony sznur. Już w niedzielę 7. czerwca DN zagra przed Elm Street i Hybris U Bazyla w Poznaniu. Komu thrash miły niech przybywa. Na pewno zabrzmi ich hitowy utwór Pozer Song.



Mimo że impreza przeciągnęła się w czasie mocniej niż planowałem, a czekał mnie jeszcze przejazd 100 km do Poznania z klejącymi oczami, to nie żałuję przyjazdu do Boogie Baru. Ciekawe, klimatyczne miejsce plus porcja solidnego metalowego łojenia w czterech różnych wydaniach. Takie masakrowanie narządów słuchowych lubię najbardziej.

poniedziałek, 30 marca 2015

Nieśmiertelne podziemie

Vital Remains – Forever Underground

Pierwszym skojarzeniem, jakie mam z zespołem Vital Remains są bardzo długie utwory. Drugim tandem Suzuki – Lazaro. Trzecim wirtuozeria instrumentalna. Techniczny death metal polany blackowym sosem trafił do mnie stosunkowo późno, bo dopiero przy premierze Dechristianize. Długo nie sięgałem po nic innego, sądząc, że to ich opus magnum. Gdzieniegdzie trafiałem na opinie, że równie dobre jest Dawn with Apocalypse. Jak zwykle, przekornie, napiszę o innym albumie, zresztą moim ulubionym tej kapeli. Forever Underground to część mojej zimnaej trójcy. Jeden z trzech albumów, (obok Thelemy.6 i Monotheist) od których w całości wieje wielkim chłodem. Właśnie takim, jaki uwielbiam.

Album zakupiłem podczas koncertu Hate w poznańskim Blue Nocie. To musiał być 2012 rok, bo supportująca zespół Adama Pierwszego Grzesznika Antigama promowała wówczas epkę Stop The Chaos. Grały jeszcze dwa poznańskie bandy: nieistniejący już Theriotes i Anthem, którego debiut z 2014 roku niedługo zostanie tu opisany. 

Zaczyna się zaskakująco. Po podniosłej zagrywce w otwarciu rusza rytm, który kojarzy mi się ze wszystkim, tylko nie z amerykańskim death metalem. Gra gitar raczej przywołuje skojarzenia ze starą szkołą thrashu, ale to tylko chwilowy dysonans. Kiedy wchodzi wokal, utwór tytułowy na powrót staje się death metalem wysokiej klasy. Wizytówką albumu. O growlu na Forever Underground trzeba w tym miejscu napisać więcej. Przy mikrofonie stoi tym razem Joe Lewis, basista z dwóch pierwszych albumów Vital Remains, Na kolejnym krążku został zastąpiony przez Thorna, a sam znów chwycił za cztery struny. Moim zdaniem jego dyspozycja na trzecim długograju ekipy z Rhode Island jest wyborna. Na pewno na długo w pamięci zostaje też prawie dziesięciominutowy I am God. Początek w stylu Morbid Angel z debiutu, a potem kult w czystej postaci. Death metalowy hymn. Nieco dłuższy niż Death Metal Possessed, ale wybrzydzać nie będę.



Trzeba mieć talent kompozytorski, by robiąc tak długie utwory nie zanudzić słuchającego. Sześć numerów w niecałe 43 minuty to naprawdę sporo, biorąc pod uwagę fakt, że nie tworzy się według schematu zwrotka-refren powtarzanego w nieskończoność. Cały czas próbuję się przekonać do zakupionego ostatnio i chwalonego na prawo i lewo Embrional. Tam brakuje właśnie tego czegoś, co na każdym albumie ma Vital Remains. Tutaj nie trzeba szukać lepszych momentów, by znaleźć punkt zaczepienia. Słuchacz trzyma się mocno muzyki Amerykanów od początku do końca.

Vital Remains dzięki współpracy z Glenem Bentonem zbliżyło się na pewien czas do pierwszej ligi światowego death metalu, choć trudno tu mówić o mainstreamie muzyki śmierci w ścisłym tego słowa znaczeniu. Myślę, że czas pokazał, że ten zespół swoje miejsce ma jednak w podziemiu. Kult jakim cieszy się wśród fanów to potwierdza. Czekam na okazję, żeby zobaczyć ich na żywo.