piątek, 20 kwietnia 2018

Jak kupił mnie death metal: vol 2. Sepultura - Morbid Visions

Sepultura - Morbid Visions

Nie można nauczyć się kultu. Nie można też nabyć według ułożonego klucza uczuć towarzyszących odkrywaniu nowej muzyki. Edukacja muzyczna i eksplorowanie niepoznanych obszarów jest zindywidualizowane i często oparte na przypadku. Ja miałem szczęście, bo trafiłem na kultowy album już na samym początku obcowania z ekstremalną muzyką. I nie będę udawał prawdziwka, który z mlekiem matki wyssał Celtic Frost, Darkthrone i Slayera. Bo to właśnie przypadek zdecydował, że pierwsza była Sepultura.

Ostatni dzień szkoły przed Bożym Narodzieniem w 2002 roku przeznaczyłem na zakup prezentu dla samego siebie. Wybór był oczywisty, CD ze sklepu muzycznego na rynku w Chodzieży. Nie było dużego pola do manewru w interesującej mnie kategorii. Wziąłem w 1/3 w ciemno, w 1/3 za sprawą okładki, a w 1/3 za namową kolegi. Morbid Visions/Bestial Devastation w 2-paku z Roots. Takie Metal Boksy sprzedawał wówczas Metal Mind. Niecałe 60 zł, co wówczas było dla mnie majątkiem. 

Nie zapomnę uczucia wielkiego zawodu gdy odpaliłem krążek w domu. Pierwsze zetknięcie z growlingiem było dla mnie jak uderzeniem obuchem w głowę. Kiedy przełożyłem CD i odpaliłem Roots poczułem się jakbym słuchał Aerosmith. Przebojowość i energia tego materiału to było dla mnie i tak tyci więcej ekstremy na tamtą chwilę. Paradoksalnie Roots otworzył mi oczy i uszy na bardziej korzenne brzmienia w kategorii death metal. Dla rodziny to było za dużo, ale szczęśliwie miałem sporo czasu sam na sam ze sprzętem grającym. Raz nawet w trakcie odsłuchu "jedynki" do drzwi zapukali Świadkowie Jehowy...

Trwa wysyp bandów grających "retro", które świadomie uzyskują "biedny" sound, odrzucają klarowną produkcję i stawiają na siłę pierwotnego przekazu. Mam co do tej mody mieszane uczucia. Są zespoły, które wypadają w tym naturalnie, są takie, które wydają się być po prostu chorągiewką na wietrze. Dość wspomnieć, że największe emocje związane z typowo podziemnym klimatem nagrań wzbudziły we mnie ostatnio słyszane po raz pierwszy nagrania polskiego Slaughter. Tutaj o jakimkolwiek podążaniu za modą nie ma mowy. Czysta ekstrema w jeszcze nieco nieudolnym, ale jakże mocnym i emocjonalnym wydaniu. Morbid Visions to taki wymarzony materiał, by wydać go i rozwiązać zespół. Murowany kult po kilku, kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu latach. Nie jest trudno wyobrazić sobie nawet za 20-30 lat (o ile będzie nawrót mody na podziemie) nastoletnich młokosów z grzywką a la Hetfield z czasów Kill'em All przeżywających ekstazę przy Troops of Doom. W skrócie można powiedzieć, że Morbid Visions to wariacje na temat tego utworu. To drugi po Roots Bloody Roots "hit" Brazylijczyków, który zdobył moje serce. Jak widać szybko uczyłem się ekstremy.

Wyobrażam sobie, co czuli fani, którzy pokochali nieokrzesany, prymitywny ale kipiący energią materiał z debiutu Brazylijczyków. Musieli cierpieć widząc, jak bluźniercze granie ewoluuje w stronę pląsów z krokiem w kolanach. Widzę klimaciarzy z wydziaranymi logosami Sepy, którzy zachodzą w głowę, jak przerobić tatuaż. Sepultura jest jak przyjaciel, któremu bezgranicznie się ufa, ale z czasem oddala się od niego. Ale jak to bywa w takich przypadkach drogi mogą się znów skrzyżować. Sepultura z ostatnich wydawnictw jest na pewno dużo bardziej związana z "true" korzeniami zespołu niż otyły Max Cavalera uprawiający z Soulfly kult THC.

Następny w kolejce: Behemoth - Satanica

niedziela, 15 kwietnia 2018

Jak kupił mnie death metal: vol 1. Death - Symbolic

Death - Symbolic

Album kompletny doczekał się wreszcie recenzji. Wraz z nią ruszy nowy cykl, który powstaje pod wyraźnym wpływem nagrań na youtube, gdzie blogujący o metalu wypowiadali się na temat: Albums that get me into death metal. Zakładam, że powstanie co najmniej 10 recenzji traktujących o krążkach, które zapoznały mnie z metalem śmierci i przekonały do niego. Zacząć muszę oczywiście od zespołu, którego twórczość ma największy wpływ na mój gust muzyczny. Florydzki Death, band Chuck Schuldinera czyli zespół, którego słucham z pozycji klęczącej niemal od pierwszego zetknięcia z jego muzyką.

Gdy w moim życiu panował jeszcze komputer łączący się z internetem przez telefon miałem utrudnione zadanie z dotarciem do muzyki. Bez przesady, nie musiałem prosić krewnych o przysyłanie paczek z zachodu, ale faktycznie nie było łatwo. Moja przygoda z Death rozpoczęła się od wypalonej przez kolegę z klasy składanki. Pamiętam, że wtedy najbardziej wpadły mi w ucho Nothing is Everything i The Philosopher z Individual Thought Patterns. Ale na tym cedeku była spora reprezentacja kawałków z Symbolic. Był na pewno Zero Tolerance, 1000 Eyes i Without Judgement. I właśnie Symbolic zdecydowałem się zakupić za odłożone 25 PLN. Pamiętam, że koleżanka z klasy, zapewne zaniepokojona moim dzikim podnieceniem w czasie przerwy (kupowałem z konta kolegi i dostałem płytę w szkole) zapytała mnie czy to normalne cieszyć się z wydania 25 złotych na dziewięć utworów... Nigdy nie uwierzyłbym, gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że będę występował na scenie grając cover Crystal Mountain dla kogoś, kto przyszedł specjalnie dla mnie na koncert.

A gdy już w moim rodzinnym domu zagościła Neostrada, brałem udział w długiej i zdaje się niezbyt grzecznej dyskusji na temat ostatnich albumów zespołu Death. Rzecz miała miejsce na forum MetalCave, gdzie trafiłem dzięki namowie Freda vel Piotra DreadRocka (do niedawna Unborn Suffer). Ja broniłem stanowiska, że Death to death metal i basta i wszelkie poglądy odmawiające zespołowi Chucka Schuldinera tej etykiety uznawałem za mało poważne. Z czasem muszę przyznać, że dojrzałem, swoje od tamtego czasu przesłuchałem i mogę zrozumieć, a nawet przyznać sporo racji mojemu ówczesnemu oponentowi. Death zmieniał się, nie nagrał dwóch podobnych albumów. Ewolucja nie zatrzymała się na wymianach składów, bo przecież i tak mózgiem przedsięwzięcia był Chuck. Dźwięki z ostatnich albumów chwilami daleko różnią się od korzennego, wzorcowego wręcz death metalu znanego chociażby z dwóch pierwszych albumów. Ale szufladki są dobre dla dziennikarzy, a dla słuchacza liczy się jakość. Tej tutaj nie brakuje.

Takie opisywanie swojego ulubionego albumu jest jak odpowiadanie na pytanie dlaczego kocha się swoje dziecko. Tutaj pasuje mi każdy element. Jest dużo więcej zimnego, dusznego klimatu, który w pewien sposób zwiastuje już sama okładka. Wokal przekonuje dużo bardziej, niż na wydany 3 lata później The Sound of Perseverance. Przyznam, że jeśli do czegoś mogę się w twórczości Chucka przyczepić, to właśnie do tego growlu/skrzeku z ostatniego albumu Death. Muszę z żalem stwierdzić, że nie znoszę słuchać kompozycji z Symbolic wykonywanych na Live in LA, bo tam właśnie już taki wokal masakruje pozycje z mojej ukochanej płyty. A jak jeszcze w wersji DVD patrzę na gibiącego się jak rezus Shannona Hamma, to za każdym razem odczuwam zażenowanie.

A był czas, że ten krążek kręcił się w moim odtwarzaczu kilkanaście razy każdego dnia. Nawet gdy odpalę go po długiej przerwie pamiętam 90% tekstów. Śmiem twierdzić, że rozpoznałbym kompozycje "po jednej nutce". Gdybym miał wybrać z całej twórczości Chucka jeden utwór, który cenię najbardziej, to bez chwili zastanowienia wybrałbym tytułowy numer z albumu Symbolic. Otwierający walcowaty riff, pierwszy wers tekstu (I don't mean to dwell but I can't help myself), który długo był moim statusem na Gadu-Gadu, wreszcie najwspanialsze solo gitarowe jakie znam. I co ciekawe solo grane jest przez drugiego gitarzystę, Bobby'ego Koelble. Odkładając na bok wazelinę, muszę przyznać, że długo słuchałem Symbolic z odczuciem: siedem gniotących kawałków i dwa dobre na dokładkę. Do dziś najmniej pasują mi zamykające album Misanthrope i Perennial Quest. Z czasem doceniłem ich jakość. Ostatni wałek na Symbolic  był już tutaj przywoływany przy okazji recenzji albumu Carnival is Forever Decapitated.  

Następny w kolejce: Sepultura - Morbid Visions

poniedziałek, 12 lutego 2018

Gładź po latynosku

Fractal - Unexpected Dynamic

Nie samym gruzem żyję człowiek... I w ramach death metalu jest miejsce na odrobinę zwolnienia i nienachalnych melodii. Jeżeli myślicie jednak, że polecam w tej recenzji album, którym zjednacie sobie przyszłego teścia, czy dobrze rokującą znajomą płci żeńskiej, to najpierw radzę zaserwować alkohol. I to raczej w pobudzającym wydaniu.

Tego typu estetyka ma to do siebie, że można jej zarzucać sztuczne wręcz ugrzecznienie. Perkusja nie jest chłostą po nagich plecach, a tylko smagnięciem szpicrutą. Miałem tak z Traced in Air zespołu Cynic. Świetny album, ale umówmy się, że nazwać takie granie ekstremalnym to jak porównać dobre porno do gwałcicieli dobrego smaku a la Grey. Konfrontowanie go z debiutem jazz metalowców z Florydy również nie wypada korzystnie.

Wytatuowany rękaw i tunele w uszach nie zrobią z mięczaka twardziela, ale dobre kompozycje i wyważone proporcje mogą sprawić przyciągnięcie uwagi. I choć słuchaniu na początku może towarzyszyć dysonans, bo to jednak nie to, co kocha się najbardziej, to kolejne wciśnięcia przycisku play są kwestią czasu. Egzotyki całości dodaje pochodzenie tego składu. Fractal są z Wenezueli. W dodatku w internecie wcale nie jest łatwo o informacje o nich.

W tym graniu przede wszystkim urzekły mnie sprawność techniczna muzyków i sprowadzone do minimum używanie czystych wokali. W przeważającej części materiał jest instrumentalny i to też jest atut. Nie ma efektu "gramy emo ale dla niepoznaki przyjebiemy growlem", co niestety u wielu bandów odrzuca mnie przy pierwszym odsłuchu.

Dla zainteresowanych cały album do odsłuchu na soundcloudzie.

Ocena: 9/10

sobota, 6 stycznia 2018

SU: Gruntowanie tynku maszynowego

Kontagion - [R-!-E]LENTLESS

Chciałbym widzieć minę Sfensona, kiedy zobaczy, że wreszcie napisałem tę recenzję. Może namówię go, połączę się z nim na skypie i zrobię  print screen (pisałem to jakieś pół roku temu...).

Nienawidzę znawców. Kiedy czytam komentarze pod klipem na youtube, że przecież to jest leśny black metal, a nie pogański black metal albo, że tylko pierwsze płyty rządzą, mam dość. Co ciekawe muzyki szukam często po szufladkach, paradoksalnie lubię moment, kiedy stwierdzam, że muzyka się podoba, ale etykietę przypisałbym zupełnie inną. Myślę, że w przypadku Kontagion napisanie o inspiracji Godflesh byłoby ignorancją, podobnie jak wytykanie każdej thrashowej kapeli, że gra jak Metallica. Sfenowi udało się połączyć w całość muzykę, oprawę graficzną, nawet merch sprzedawany razem z albumem. Niech za rekomendację dla tego materiału posłuży fakt, że nie znam drugiego takiego zespołu w Polsce. A w podziemiu dłubię od dawna i z namiętnością.

Nienawidzę muzyki, która nie zostawia po sobie żadnego wrażenia. Nie napiszę, co mnie w tym albumie urzekło. Mógłbym zaznaczyć jedynie, że dzięki samplom został uzyskany efekt, o którym była mowa w Rejsie. Czyli morda się cieszy, bo słucha się fragmentów, które człowiek już zna. Wyższość szeroko rozumianego metalu nad popem atakującym z radia widzę w tym, że pobudza intelekt. Intertekstualność, koncept, konwencja. W ostrym graniu nie chodzi o to, żeby disco polo przepuścić przez przester. Tu są nawet chórki, ale przede wszystkim jest walec gniotący swoim ciężarem. Kontagion dołącza do Iperytu i Samaela (z Passage) jako trzeci zespół, w którym idealnie pasuje mi automat perkusyjny.

Nienawidzę recenzji, po których gołym okiem widać, że nie mają uzasadnienia nawet w jednym uważnym zapoznaniu się z opisywanym materiałem. Mnożą się takich setki w internecie. Etykietka ze stylem, opis składu, ocena i jedziemy dalej. Jest taki recenzent w "podziemiu". Z Bydgoszczy nota bene... Napisanie tej recenzji było dla mnie sporym wyzwaniem. Ale ten materiał nie traci nic przy kolejnych przesłuchaniach. Mało tego, jest tak wielowarstwowo pokombinowany, że nie ma szans wychwycić wszystkich smaczków po kilku odsłuchach. Słychać w tym chemię, słychać egzekucję.

A Sfenson właśnie dziś zagra w moim mieście z Unborn Suffer. Ciekawe, czy mi uwierzy, że skończyłem recenzję... :)

Ocena: 8,5/10

środa, 1 lutego 2017

SU: Błądząc w systemie

Support Underground

Maggoth - System Error

Maggoth, tak jak już pisałem w relacji z koncertu z Piły z 2015 roku, pierwszy raz usłyszałem w jednym z odcinków Pereł Metalu. Zażarło od pierwszego dźwięku i stało się tak, że tego popularnego kanału na youtube już nie oglądam, a metalowców z Pabianic śledzę z zapartym tchem. W Pile kupiłem debiut opatrzony kserowaną okładką. Dopiero niedawno odszyfrowałem ewidentną inspirację grafiki z System Error filmem They Live. Co ciekawe na film trafiłem śledząc profile członków Maggoth na facebooku.

Właściwie od tamtego gigu przymierzałem się do zrecenzowania długograja z 2012 roku. Zaznajamiałem się z materiałem, a czas leciał. Paradoksalnie czasem łatwiej przychodzi mi recenzować na świeżo, po 2-3 przesłuchaniach, niż znając album na wylot. Testowałem System Error podczas trasy autem na Bałkany (ponad 10 h za kierownicą). Nie leciało do porzygu, tylko dlatego, że to za dobry materiał, a ja od przyjemności szybko się uzależniam.

Od pierwszych dźwięków słychać, że muzykę tworzą ludzie obyci z instrumentami, a nie dzieciaki, którym rodzice dali na drogie gitary i wzmacniacze. Otwierający album Liars można łatwo znaleźć opatrzone wideoklipem na serwisie youtube. W główną rolę w teledysku wciela się wokalista Dziadów Borowych - kapeli, którą łączą z Maggoth wspólni członkowie. Jest ostro antypolitycznie. Czyli idealna mieszanka thrashu z hardcorem. Mnie to kupuje, mimo że dla niektórych to pewnie równoznaczne z czerpaniem z gotowych klisz. Dla mnie highlightem tego krążka jest trzeci kawałek - Lunatic Soldier. Gitarowy wstęp jest na tyle zapamiętywalny, że kolejne odsłuchy buduje się wokół niego. 

Czepiając się na siłę jedyne dwie rzeczy, jakie mi nie pasują na tym albumie to: 1) brzmienie perkusji we wstępie do Liars (de facto wszędzie jest takie samo, ale tylko tam mi nie pasuje), 2) długość tego materiału. Siedem utworów to stanowczo za  mało, ale skutkuje tym, że album zapętla się w odtwarzaczu. A o perkusji mam pojęcia tyle, co zwykły Janusz komentujący zaraz po Familiadzie wyjście z progu trzeciorzędnego skoczka spod Murzasichla.



Maggoth zmienił się od tego albumu. Teraz grają w trójkę, a do składu dołączył na stałe basista. W międzyczasie Artur i spółka wypuścili split z Dziadami Borowymi zatytułowany Mental Anarchy. Zmieniło się nawet logo, bo zamiast "O" teraz powiększone jest "G". Zespół tworzy właśnie nowy materiał. Kto nie zna, niech słucha, kupuje ich muzykę, czy koszulki. Postaram się, żeby Maggoth w 2017 roku zagrał w Poznaniu.

OBEY! FEAR! SERVE! DO NOT TRUST ANYONE!

Ocena: 9/10


wtorek, 22 listopada 2016

Życie z grindcorem – rozmowa ze Sfensonem (Unborn Suffer, Kontagion)

Unborn Suffer (od lewej: Lukass, DreadRock, Sfenson)

Pierwszy wywiad na tym blogu przeprowadziłem jakiś czas temu z niezwykle sympatycznym muzykiem Unborn Suffer i Kontagion, Damianem Sfensonem Bednarskim. Kolejne wywiady będą tak, jak wszystko na tym blogu pojawiać się nieregularnie. W planach papierowy zine na takie wymysły...

Wasz ostatni album, The Nihilist, zbiera zdecydowanie pozytywne recenzje. Jak oceniasz to wydawnictwo na tle całej twórczości zespołu?

Jako najbardziej grindcore’owy album w naszej twórczości mający jednak nadal sporo elementów death metalowych. Jestem bardzo zadowolony z brzmienia, kompozycji, sampli i tekstów jakie znalazły się na tym krążku. Nie powiem teraz czegoś tak sztampowego jak „to najlepszy album jaki zrobiliśmy”, to zostawiam naszym słuchaczom do oceny.

Sztampowe są raczej pytania tego typu, ale nie mogę zakładać, że każdy jest na bieżąco z Waszą muzyką. W muzyce US widać zmiany i stopniowe przechodzenie z death metalu w kierunku grindu. Też tak to widzisz? Z czego to wynika?

Wynika z prostego faktu – Unborn Suffer zawsze był zespołem mieszającym death metal i grindcore, z tym, że dotychczas przeważały elementy brutal death metalu a grindcore był niekiedy tylko dodatkiem. Na Nihilist sytuacja odwróciła się o 180 stopni a co dalej? Jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. Czas pokaże.

Czy ma to też przełożenie na zespoły, które Was inspirują? Czy tu też są zmiany, ewolucja, czy w domu łoicie disco polo, a muzyka jaka wychodzi, taka wychodzi?

Wypowiem się za siebie i przyznam, że w chwili obecnej słucham znacznie więcej grindcore’a niż death metalu. Ta muzyka jest ze mną już od dawna, ale dopiero od ostatnich kilku lat mocno zagłębiłem się w różne sceny grindowe, poznałem wiele klasyki gatunku, wiele nowych kapel, czy to goregrindy, polityczne grindy, pornogrindy. Death metal ciut mnie zmęczył, nadal uwielbiam klasyki gatunku i wracam często do kapel, które mnie ukształtowały (np. Suffocation) ale nie odnajduję tego WOW w tych wszystkich nowych kapelach brutal death (Gorgasm czy Defeated Sanity akurat w ogóle nie zawiedli). Więc u mnie to zdecydowanie przełożenie na kapele, których obecnie słucham.

A nowi Bracia Figo Fagot?

Skończyłem na Eleganckich Chłopakach i dostałem od naszego basisty Dreada DVD w prezencie Live 30%. Ta wiedza na temat ich twórczości mi wystarczy (śmiech)

Nie każdy łapie ten klimat, ja akurat należę do ich betonowego elektoratu.
Miałem zapytać czy Masz jakiś soundtrack z kucia tynków dla łapania nastroju czy może nie słuchasz niczego, bo hałas wystarczy Ci na próbach i koncertach? Trochę już napisałeś w tym temacie, ale przypuszczam, że nie samym deathem i grindem żyjesz. W końcu coś Cię inspiruje do grania w Kontagion

Soundtrack do kucia tynków? To chyba jedynka Einstürzende Neubauten Kollaps. To ładnie ryje banię i ściany (śmiech). A co mnie inspiruje do tworzenia muzy w KONTAGION? Głównie industrial oraz industrial metal, ale też groove i gdzieniegdzie nawet death metal. KONTAGION to sroga mikstura i nie każdy ją rozumie.

No to pozostańmy przy niezrozumieniu. Mam głupi zwyczaj namawiać na metal znajomych, którzy niczego bardziej ekstremalnego od Piaska bez Chojnackiego nie słyszeli. Jak w słowach godnych dyplomaty zachęciłbyś przeciętną polską gospodynię domową do zapoznania się z twórczością US?

Fajna muzyka do momentu, aż wchodzi wokal. Sprawdź! (śmiech)

Kontagion (Sfenson pierwszy od prawej)
Widziałem zachętę DreadRocka i tam było coś o cyckach Ani Lewandowskiej. Zdecydowanie on bardziej mnie przekonał, ale to w końcu płeć piękną miałeś namawiać
Jak oceniasz polski, nazwijmy to ogólnie, metalowy underground? Trzy najbardziej marnujące się w piwnicach kapele w polskim undergroundzie to według Ciebie...?

Trudne pytanie. Nie śledzę aż tak polskiego undergroundu, więc może postaram się odpowiedzieć „lokalnie”. Jest u nas w Bydgoszczy taki zespół EGOISTIC, moim zdaniem oni zasługują na większy fame. A z innych miast – bardzo lubię i kibicuję ANUS MAGULO. PARRICIDE zawsze zasługiwał na większą renomę. Te kapele w chwili obecnej przychodzą mi do głowy.

Trafiliście niedawno do Selfmadegod Records. Jakie są dotychczasowe doświadczenia we współpracy? Jesteście zadowoleni? Tak to sobie wyobrażaliście? Co zmieniło się w porównaniu do poprzedniego labelu - Ghastly Music.

Tak naprawdę wszystko. Kontakt z wytwórnią jest płynny i bardzo profesjonalny. W końcu dotarliśmy do większej publiki w Polsce. Nasze wywiady i recenzje pojawiły się w popularnych gazetach o muzyce metalowej, nie tylko w naszym kraju. Lajków na FB przybywa, otrzymujemy coraz więcej wiadomości od fanów. Nic tylko się cieszyć.

Faktycznie wywiadów jest multum. A czy myśleliście o jakimś dłuższym wypadzie poza granice naszego kraju? Są na podziemnej scenie ekipy, które wybierają się nawet poza ocean... Nex, z którym zdarzyło Wam się grać na Drrramie w Gdańsku był z kilkunastoma koncertami w Rosji...

Myśleć myśleliśmy, nie raz. Nawet obecnie jestem w trakcie rozmów i negocjacji z rożnymi Festiwalami, ale to „temat ściana”. Głównie spotykamy się z brakiem zainteresowania albo nędznymi warunkami pt. przejazd w całości za swoje. Nie tędy droga. Ja może i żyję teorią, że trzeba grać, grać i jeszcze raz grać, ale nie za wszelką cenę.

Grasz już z US 15 lat. To może powiedz parę słów o filmie Nie wszyscy są z nas, który ten czas podsumowuje. Jak udała się premiera? Gdzie jeszcze będzie można ten film obejrzeć?

Premiera wyszła świetnie. Życzyliśmy sobie, żeby miejsc siedzących na niej zabrakło i tak się właśnie stało. Ludzie dopisali, a zorganizowanie tego wydarzenia w takim klubie, jak Mózg było dodatkowym plusem. Dokument o nas będzie można zobaczyć jeszcze raz na naszym 15-leciu, które odbędzie się już niedługo, czyli 17.12.2016 w klubie Estrada Stagebar w Bydgoszczy. A potem? Albo wrzucimy na neta, albo wydamy jako DVD, jeszcze nie wiemy.

Właśnie... Jak wyglądają plany wydawnicze? Szykujecie coś nietypowego? Split, składankę? A może po prostu mielicie już materiał pod kolejny pełnowymiarowy krążek?

Na razie żadnych planów wydawniczych. Promujemy „Nihilistę” oraz szykujemy się na 15-lecie, które będzie przepełnione atrakcjami i gośćmi. Jak nasz występ na tym wydarzeniu fajnie wypadnie to może wydamy to na DVD dorzucając dokument, zobaczymy.

Dbacie o oprawę, o detale. Widać to przy kolejnych albumach, widać na koncertach. Kto o tym decyduje? Macie w tym aspekcie demokrację czy jesteś tyranem i despotą? Takie zarzuty słyszy chyba każdy muzyk, który kierując bandem zmienia członków zespołu. Pomyślałbyś w ogóle o sobie w tych kategoriach?

Jeśli chodzi o UNBORN SUFFER, to każdy z nas dba o detale i o to, żeby „chodziło” oraz „żarło”. W KONTAGION natomiast ja dbam o smaczki i zgranie całej kapeli. Co do tyrana i despoty – przez wiele lat byłem tak postrzegany przez ludzi spoza zespołów. Wielu nadal uważa, że taki jestem. Z pewnością nauczyłem się na błędach i dziś staram się wykonywać liderowanie najlepiej jak mogę. Z resztą liderem to jestem tylko w KONTAGION, w UNBORN SUFFER nie ma takiej osoby.

Jak muzyk zaangażowany w dwa zespoły radzi sobie w normalnej, codziennej pracy zarobkowej? Miałeś jakieś problemy przez tatuaże? A może szef słuchał muzyki i stwierdził, że taką sztukę może tworzyć tylko chory pojeb? Przyznam się, że liczę na jakąś opowieść tego typu.

Na szczęście miejsce, w którym pracuję nie zwraca uwagi na wygląd, tylko na jakość wykonywanej pracy. Zatem – niestety – nie mam dla Ciebie kontrowersyjnej opowieści. No może poza tą: na rozmowę kwalifikacyjną zdjąłem cały piercing i zasłoniłem rękawy oraz szyję a gdy dostałem pracę i przyszedłem cały okolczykowany i z odsłoniętymi dziarami to dziewczyna, która prowadziła ze mną rozmowę w żartach tylko powiedziała – oszukista  Co do tworzonej przeze mnie muzyki – mało kto się tym zainteresował u mnie w pracy. Może to i dobrze (śmiech)

Puenty nie będzie.

poniedziałek, 3 października 2016

SU: Tańcząc walca z kłykcinami

Support Underground

Unborn Suffer - Nihilist

Byłem przekonany, że temat nihilizmu pojawi się raczej przy recenzji najlepszego według mnie krążka Decapitated a tu taka niespodzianka. Nie dość, że napiszę o krążku z tego roku, to jeszcze muszę wspomnieć, że o recenzję poprosil Sfenson - lider bydgoskiego zespołu Unborn Suffer. Długo kazałem mu czekać, ale robię u siebie, więc zgodnie z zasadami nie robię na odpierdol.

Zbierałem się do tego tekstu parę długich tygodni, więc mam wytłumaczenie dla chujowego wstępu. Unborn Suffer na szczęście takiego alibi nie musi szukać. Od pierwszego odsłuchu szczęka opada, a potem jest już tylko lepiej. Już jako drugi atakuje genialny Open Defiance do którego nakręcono teledysk. Jest odhumanizowany klimat, duecik wokalny Sfenson-DreadRock zapełnia przestrzenie perfekcyjnie. Krótko na temat i z pomysłem, W klipie Piotr pozbywa się dredów. Odważnie i z sukcesem zrealizowane wideo.

Nie jestem znawcą grindowych zespołów. Lubię zapuścić sobie Isacaarum, ale tutaj teksty są na dużo poważniejsze tematy niż pornosy Czechów. Są nawiązania do Fight Clubu Palahniuka (oczywiście utwór Tyler Durden). Kawałek 08.09.1968 to z kolei historia Ryszarda Siwca i tekst inspirowany jego listem pożegnalnym. Wszystko leci po bani jak pomroczność jasna i zaprasza do walczyka i ruszania dupą łącznie z kłykcinami. Przerywniki pomiędzy utworami są umiejętnie wplecione i nie irytują i za to szacun. We wkładce odszukałem, że sample są m.in. z wypowiedzi Georga W. Busha czy Roberta Oppenheimera. Talentu kompozytorskiego nie brakuje, do tych 17 utworów zmieszczonych na krótszym niż pół godziny materiale chce się wracać. W pisanie muzyki i tekstów zaangażowani są wszyscy członkowie bydgoskiego tria.

To nie jest odkrywcza muzyka. To nie jest ani modne, ani nowatorskie. Ale jeśli ktoś, po kim wiemy czego się można spodziewać tworzy dzieło uzależniające i świeże to należy to docenić. Jak pomyślę sobie, że wyszedłem na deski gdańskiego ciasnego klubiku w ten sam wieczór co oni, to po prostu rumienię się ze wstydu i uciekam wzrokiem. Kiedy ja wcinałem pizzę od organizatora ekipa z Bydgoszczy po kolei montowała wytrzeszcz na oczach publiki. Co niektórzy woleli siedzieć na zewnątrz, szaleństwa pod sceną nie było, ale ilość skaczących na parkiecie nie przełożyła się na jakość występu. Ale na relacje już trochę późno, Kawałki z Nihilist na żywo bronią się znakomicie.

A tak na marginesie album zajebiście sprawdza się jako soundtrack do jedzenia jajecznicy w poniedziałek o szóstej rano. Kiedy za oknem pada, ludzi biorą diabli a pojebów słuchających metalu nosi z przesytu energii. Ta choroba musi zarażać, zakażonych będzie przybywać. Cieszy mnie w związku z tym niezmiernie, że zespół widać we wszystkich istotnych dla muzyki metalowej gazetach i portalach internetowych. Chłopaki umieją opowiadać o swojej muzyce. Ja będę się starał skrobnąć coś więcej o ich innych krążkach, bo mam całą dyskografię w kolekcji. Przybywajcie na dźwięk krowiego dzwonu!

Na potrzeby nowego cyklu Support Underground wprowadzam oceny.

Unborn Suffer - Nihilist

Ocena: 9/10