poniedziałek, 12 lutego 2018

Gładź po latynosku

Fractal - Unexpected Dynamic

Nie samym gruzem żyję człowiek... I w ramach death metalu jest miejsce na odrobinę zwolnienia i nienachalnych melodii. Jeżeli myślicie jednak, że polecam w tej recenzji album, którym zjednacie sobie przyszłego teścia, czy dobrze rokującą znajomą płci żeńskiej, to najpierw radzę zaserwować alkohol. I to raczej w pobudzającym wydaniu.

Tego typu estetyka ma to do siebie, że można jej zarzucać sztuczne wręcz ugrzecznienie. Perkusja nie jest chłostą po nagich plecach, a tylko smagnięciem szpicrutą. Miałem tak z Traced in Air zespołu Cynic. Świetny album, ale umówmy się, że nazwać takie granie ekstremalnym to jak porównać dobre porno do gwałcicieli dobrego smaku a la Grey. Konfrontowanie go z debiutem jazz metalowców z Florydy również nie wypada korzystnie.

Wytatuowany rękaw i tunele w uszach nie zrobią z mięczaka twardziela, ale dobre kompozycje i wyważone proporcje mogą sprawić przyciągnięcie uwagi. I choć słuchaniu na początku może towarzyszyć dysonans, bo to jednak nie to, co kocha się najbardziej, to kolejne wciśnięcia przycisku play są kwestią czasu. Egzotyki całości dodaje pochodzenie tego składu. Fractal są z Wenezueli. W dodatku w internecie wcale nie jest łatwo o informacje o nich.

W tym graniu przede wszystkim urzekły mnie sprawność techniczna muzyków i sprowadzone do minimum używanie czystych wokali. W przeważającej części materiał jest instrumentalny i to też jest atut. Nie ma efektu "gramy emo ale dla niepoznaki przyjebiemy growlem", co niestety u wielu bandów odrzuca mnie przy pierwszym odsłuchu.

Dla zainteresowanych cały album do odsłuchu na soundcloudzie.

Ocena: 9/10

sobota, 6 stycznia 2018

Gruntowanie tynku maszynowego

Kontagion - [R-!-E]LENTLESS

Chciałbym widzieć minę Sfensona, kiedy zobaczy, że wreszcie napisałem tę recenzję. Może namówię go, połączę się z nim na skypie i zrobię  print screen (pisałem to jakieś pół roku temu...).

Nienawidzę znawców. Kiedy czytam komentarze pod klipem na youtube, że przecież to jest leśny black metal, a nie pogański black metal albo, że tylko pierwsze płyty rządzą, mam dość. Co ciekawe muzyki szukam często po szufladkach, paradoksalnie lubię moment, kiedy stwierdzam, że muzyka się podoba, ale etykietę przypisałbym zupełnie inną. Myślę, że w przypadku Kontagion napisanie o inspiracji Godflesh byłoby ignorancją, podobnie jak wytykanie każdej thrashowej kapeli, że gra jak Metallica. Sfenowi udało się połączyć w całość muzykę, oprawę graficzną, nawet merch sprzedawany razem z albumem. Niech za rekomendację dla tego materiału posłuży fakt, że nie znam drugiego takiego zespołu w Polsce. A w podziemiu dłubię od dawna i z namiętnością.

Nienawidzę muzyki, która nie zostawia po sobie żadnego wrażenia. Nie napiszę, co mnie w tym albumie urzekło. Mógłbym zaznaczyć jedynie, że dzięki samplom został uzyskany efekt, o którym była mowa w Rejsie. Czyli morda się cieszy, bo słucha się fragmentów, które człowiek już zna. Wyższość szeroko rozumianego metalu nad popem atakującym z radia widzę w tym, że pobudza intelekt. Intertekstualność, koncept, konwencja. W ostrym graniu nie chodzi o to, żeby disco polo przepuścić przez przester. Tu są nawet chórki, ale przede wszystkim jest walec gniotący swoim ciężarem. Kontagion dołącza do Iperytu i Samaela (z Passage) jako trzeci zespół, w którym idealnie pasuje mi automat perkusyjny.

Nienawidzę recenzji, po których gołym okiem widać, że nie mają uzasadnienia nawet w jednym uważnym zapoznaniu się z opisywanym materiałem. Mnożą się takich setki w internecie. Etykietka ze stylem, opis składu, ocena i jedziemy dalej. Jest taki recenzent w "podziemiu". Z Bydgoszczy nota bene... Napisanie tej recenzji było dla mnie sporym wyzwaniem. Ale ten materiał nie traci nic przy kolejnych przesłuchaniach. Mało tego, jest tak wielowarstwowo pokombinowany, że nie ma szans wychwycić wszystkich smaczków po kilku odsłuchach. Słychać w tym chemię, słychać egzekucję.

A Sfenson właśnie dziś zagra w moim mieście z Unborn Suffer. Ciekawe, czy mi uwierzy, że skończyłem recenzję... :)

Ocena: 8,5/10

środa, 1 lutego 2017

SU: Błądząc w systemie

Support Underground

Maggoth - System Error

Maggoth, tak jak już pisałem w relacji z koncertu z Piły z 2015 roku, pierwszy raz usłyszałem w jednym z odcinków Pereł Metalu. Zażarło od pierwszego dźwięku i stało się tak, że tego popularnego kanału na youtube już nie oglądam, a metalowców z Pabianic śledzę z zapartym tchem. W Pile kupiłem debiut opatrzony kserowaną okładką. Dopiero niedawno odszyfrowałem ewidentną inspirację grafiki z System Error filmem They Live. Co ciekawe na film trafiłem śledząc profile członków Maggoth na facebooku.

Właściwie od tamtego gigu przymierzałem się do zrecenzowania długograja z 2012 roku. Zaznajamiałem się z materiałem, a czas leciał. Paradoksalnie czasem łatwiej przychodzi mi recenzować na świeżo, po 2-3 przesłuchaniach, niż znając album na wylot. Testowałem System Error podczas trasy autem na Bałkany (ponad 10 h za kierownicą). Nie leciało do porzygu, tylko dlatego, że to za dobry materiał, a ja od przyjemności szybko się uzależniam.

Od pierwszych dźwięków słychać, że muzykę tworzą ludzie obyci z instrumentami, a nie dzieciaki, którym rodzice dali na drogie gitary i wzmacniacze. Otwierający album Liars można łatwo znaleźć opatrzone wideoklipem na serwisie youtube. W główną rolę w teledysku wciela się wokalista Dziadów Borowych - kapeli, którą łączą z Maggoth wspólni członkowie. Jest ostro antypolitycznie. Czyli idealna mieszanka thrashu z hardcorem. Mnie to kupuje, mimo że dla niektórych to pewnie równoznaczne z czerpaniem z gotowych klisz. Dla mnie highlightem tego krążka jest trzeci kawałek - Lunatic Soldier. Gitarowy wstęp jest na tyle zapamiętywalny, że kolejne odsłuchy buduje się wokół niego. 

Czepiając się na siłę jedyne dwie rzeczy, jakie mi nie pasują na tym albumie to: 1) brzmienie perkusji we wstępie do Liars (de facto wszędzie jest takie samo, ale tylko tam mi nie pasuje), 2) długość tego materiału. Siedem utworów to stanowczo za  mało, ale skutkuje tym, że album zapętla się w odtwarzaczu. A o perkusji mam pojęcia tyle, co zwykły Janusz komentujący zaraz po Familiadzie wyjście z progu trzeciorzędnego skoczka spod Murzasichla.



Maggoth zmienił się od tego albumu. Teraz grają w trójkę, a do składu dołączył na stałe basista. W międzyczasie Artur i spółka wypuścili split z Dziadami Borowymi zatytułowany Mental Anarchy. Zmieniło się nawet logo, bo zamiast "O" teraz powiększone jest "G". Zespół tworzy właśnie nowy materiał. Kto nie zna, niech słucha, kupuje ich muzykę, czy koszulki. Postaram się, żeby Maggoth w 2017 roku zagrał w Poznaniu.

OBEY! FEAR! SERVE! DO NOT TRUST ANYONE!

Ocena: 9/10


wtorek, 22 listopada 2016

Życie z grindcorem – rozmowa ze Sfensonem (Unborn Suffer, Kontagion)

Unborn Suffer (od lewej: Lukass, DreadRock, Sfenson)

Pierwszy wywiad na tym blogu przeprowadziłem jakiś czas temu z niezwykle sympatycznym muzykiem Unborn Suffer i Kontagion, Damianem Sfensonem Bednarskim. Kolejne wywiady będą tak, jak wszystko na tym blogu pojawiać się nieregularnie. W planach papierowy zine na takie wymysły...

Wasz ostatni album, The Nihilist, zbiera zdecydowanie pozytywne recenzje. Jak oceniasz to wydawnictwo na tle całej twórczości zespołu?

Jako najbardziej grindcore’owy album w naszej twórczości mający jednak nadal sporo elementów death metalowych. Jestem bardzo zadowolony z brzmienia, kompozycji, sampli i tekstów jakie znalazły się na tym krążku. Nie powiem teraz czegoś tak sztampowego jak „to najlepszy album jaki zrobiliśmy”, to zostawiam naszym słuchaczom do oceny.

Sztampowe są raczej pytania tego typu, ale nie mogę zakładać, że każdy jest na bieżąco z Waszą muzyką. W muzyce US widać zmiany i stopniowe przechodzenie z death metalu w kierunku grindu. Też tak to widzisz? Z czego to wynika?

Wynika z prostego faktu – Unborn Suffer zawsze był zespołem mieszającym death metal i grindcore, z tym, że dotychczas przeważały elementy brutal death metalu a grindcore był niekiedy tylko dodatkiem. Na Nihilist sytuacja odwróciła się o 180 stopni a co dalej? Jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. Czas pokaże.

Czy ma to też przełożenie na zespoły, które Was inspirują? Czy tu też są zmiany, ewolucja, czy w domu łoicie disco polo, a muzyka jaka wychodzi, taka wychodzi?

Wypowiem się za siebie i przyznam, że w chwili obecnej słucham znacznie więcej grindcore’a niż death metalu. Ta muzyka jest ze mną już od dawna, ale dopiero od ostatnich kilku lat mocno zagłębiłem się w różne sceny grindowe, poznałem wiele klasyki gatunku, wiele nowych kapel, czy to goregrindy, polityczne grindy, pornogrindy. Death metal ciut mnie zmęczył, nadal uwielbiam klasyki gatunku i wracam często do kapel, które mnie ukształtowały (np. Suffocation) ale nie odnajduję tego WOW w tych wszystkich nowych kapelach brutal death (Gorgasm czy Defeated Sanity akurat w ogóle nie zawiedli). Więc u mnie to zdecydowanie przełożenie na kapele, których obecnie słucham.

A nowi Bracia Figo Fagot?

Skończyłem na Eleganckich Chłopakach i dostałem od naszego basisty Dreada DVD w prezencie Live 30%. Ta wiedza na temat ich twórczości mi wystarczy (śmiech)

Nie każdy łapie ten klimat, ja akurat należę do ich betonowego elektoratu.
Miałem zapytać czy Masz jakiś soundtrack z kucia tynków dla łapania nastroju czy może nie słuchasz niczego, bo hałas wystarczy Ci na próbach i koncertach? Trochę już napisałeś w tym temacie, ale przypuszczam, że nie samym deathem i grindem żyjesz. W końcu coś Cię inspiruje do grania w Kontagion

Soundtrack do kucia tynków? To chyba jedynka Einstürzende Neubauten Kollaps. To ładnie ryje banię i ściany (śmiech). A co mnie inspiruje do tworzenia muzy w KONTAGION? Głównie industrial oraz industrial metal, ale też groove i gdzieniegdzie nawet death metal. KONTAGION to sroga mikstura i nie każdy ją rozumie.

No to pozostańmy przy niezrozumieniu. Mam głupi zwyczaj namawiać na metal znajomych, którzy niczego bardziej ekstremalnego od Piaska bez Chojnackiego nie słyszeli. Jak w słowach godnych dyplomaty zachęciłbyś przeciętną polską gospodynię domową do zapoznania się z twórczością US?

Fajna muzyka do momentu, aż wchodzi wokal. Sprawdź! (śmiech)

Kontagion (Sfenson pierwszy od prawej)
Widziałem zachętę DreadRocka i tam było coś o cyckach Ani Lewandowskiej. Zdecydowanie on bardziej mnie przekonał, ale to w końcu płeć piękną miałeś namawiać
Jak oceniasz polski, nazwijmy to ogólnie, metalowy underground? Trzy najbardziej marnujące się w piwnicach kapele w polskim undergroundzie to według Ciebie...?

Trudne pytanie. Nie śledzę aż tak polskiego undergroundu, więc może postaram się odpowiedzieć „lokalnie”. Jest u nas w Bydgoszczy taki zespół EGOISTIC, moim zdaniem oni zasługują na większy fame. A z innych miast – bardzo lubię i kibicuję ANUS MAGULO. PARRICIDE zawsze zasługiwał na większą renomę. Te kapele w chwili obecnej przychodzą mi do głowy.

Trafiliście niedawno do Selfmadegod Records. Jakie są dotychczasowe doświadczenia we współpracy? Jesteście zadowoleni? Tak to sobie wyobrażaliście? Co zmieniło się w porównaniu do poprzedniego labelu - Ghastly Music.

Tak naprawdę wszystko. Kontakt z wytwórnią jest płynny i bardzo profesjonalny. W końcu dotarliśmy do większej publiki w Polsce. Nasze wywiady i recenzje pojawiły się w popularnych gazetach o muzyce metalowej, nie tylko w naszym kraju. Lajków na FB przybywa, otrzymujemy coraz więcej wiadomości od fanów. Nic tylko się cieszyć.

Faktycznie wywiadów jest multum. A czy myśleliście o jakimś dłuższym wypadzie poza granice naszego kraju? Są na podziemnej scenie ekipy, które wybierają się nawet poza ocean... Nex, z którym zdarzyło Wam się grać na Drrramie w Gdańsku był z kilkunastoma koncertami w Rosji...

Myśleć myśleliśmy, nie raz. Nawet obecnie jestem w trakcie rozmów i negocjacji z rożnymi Festiwalami, ale to „temat ściana”. Głównie spotykamy się z brakiem zainteresowania albo nędznymi warunkami pt. przejazd w całości za swoje. Nie tędy droga. Ja może i żyję teorią, że trzeba grać, grać i jeszcze raz grać, ale nie za wszelką cenę.

Grasz już z US 15 lat. To może powiedz parę słów o filmie Nie wszyscy są z nas, który ten czas podsumowuje. Jak udała się premiera? Gdzie jeszcze będzie można ten film obejrzeć?

Premiera wyszła świetnie. Życzyliśmy sobie, żeby miejsc siedzących na niej zabrakło i tak się właśnie stało. Ludzie dopisali, a zorganizowanie tego wydarzenia w takim klubie, jak Mózg było dodatkowym plusem. Dokument o nas będzie można zobaczyć jeszcze raz na naszym 15-leciu, które odbędzie się już niedługo, czyli 17.12.2016 w klubie Estrada Stagebar w Bydgoszczy. A potem? Albo wrzucimy na neta, albo wydamy jako DVD, jeszcze nie wiemy.

Właśnie... Jak wyglądają plany wydawnicze? Szykujecie coś nietypowego? Split, składankę? A może po prostu mielicie już materiał pod kolejny pełnowymiarowy krążek?

Na razie żadnych planów wydawniczych. Promujemy „Nihilistę” oraz szykujemy się na 15-lecie, które będzie przepełnione atrakcjami i gośćmi. Jak nasz występ na tym wydarzeniu fajnie wypadnie to może wydamy to na DVD dorzucając dokument, zobaczymy.

Dbacie o oprawę, o detale. Widać to przy kolejnych albumach, widać na koncertach. Kto o tym decyduje? Macie w tym aspekcie demokrację czy jesteś tyranem i despotą? Takie zarzuty słyszy chyba każdy muzyk, który kierując bandem zmienia członków zespołu. Pomyślałbyś w ogóle o sobie w tych kategoriach?

Jeśli chodzi o UNBORN SUFFER, to każdy z nas dba o detale i o to, żeby „chodziło” oraz „żarło”. W KONTAGION natomiast ja dbam o smaczki i zgranie całej kapeli. Co do tyrana i despoty – przez wiele lat byłem tak postrzegany przez ludzi spoza zespołów. Wielu nadal uważa, że taki jestem. Z pewnością nauczyłem się na błędach i dziś staram się wykonywać liderowanie najlepiej jak mogę. Z resztą liderem to jestem tylko w KONTAGION, w UNBORN SUFFER nie ma takiej osoby.

Jak muzyk zaangażowany w dwa zespoły radzi sobie w normalnej, codziennej pracy zarobkowej? Miałeś jakieś problemy przez tatuaże? A może szef słuchał muzyki i stwierdził, że taką sztukę może tworzyć tylko chory pojeb? Przyznam się, że liczę na jakąś opowieść tego typu.

Na szczęście miejsce, w którym pracuję nie zwraca uwagi na wygląd, tylko na jakość wykonywanej pracy. Zatem – niestety – nie mam dla Ciebie kontrowersyjnej opowieści. No może poza tą: na rozmowę kwalifikacyjną zdjąłem cały piercing i zasłoniłem rękawy oraz szyję a gdy dostałem pracę i przyszedłem cały okolczykowany i z odsłoniętymi dziarami to dziewczyna, która prowadziła ze mną rozmowę w żartach tylko powiedziała – oszukista  Co do tworzonej przeze mnie muzyki – mało kto się tym zainteresował u mnie w pracy. Może to i dobrze (śmiech)

Puenty nie będzie.

poniedziałek, 3 października 2016

SU: Tańcząc walca z kłykcinami

Support Underground

Unborn Suffer - Nihilist

Byłem przekonany, że temat nihilizmu pojawi się raczej przy recenzji najlepszego według mnie krążka Decapitated a tu taka niespodzianka. Nie dość, że napiszę o krążku z tego roku, to jeszcze muszę wspomnieć, że o recenzję poprosil Sfenson - lider bydgoskiego zespołu Unborn Suffer. Długo kazałem mu czekać, ale robię u siebie, więc zgodnie z zasadami nie robię na odpierdol.

Zbierałem się do tego tekstu parę długich tygodni, więc mam wytłumaczenie dla chujowego wstępu. Unborn Suffer na szczęście takiego alibi nie musi szukać. Od pierwszego odsłuchu szczęka opada, a potem jest już tylko lepiej. Już jako drugi atakuje genialny Open Defiance do którego nakręcono teledysk. Jest odhumanizowany klimat, duecik wokalny Sfenson-DreadRock zapełnia przestrzenie perfekcyjnie. Krótko na temat i z pomysłem, W klipie Piotr pozbywa się dredów. Odważnie i z sukcesem zrealizowane wideo.

Nie jestem znawcą grindowych zespołów. Lubię zapuścić sobie Isacaarum, ale tutaj teksty są na dużo poważniejsze tematy niż pornosy Czechów. Są nawiązania do Fight Clubu Palahniuka (oczywiście utwór Tyler Durden). Kawałek 08.09.1968 to z kolei historia Ryszarda Siwca i tekst inspirowany jego listem pożegnalnym. Wszystko leci po bani jak pomroczność jasna i zaprasza do walczyka i ruszania dupą łącznie z kłykcinami. Przerywniki pomiędzy utworami są umiejętnie wplecione i nie irytują i za to szacun. We wkładce odszukałem, że sample są m.in. z wypowiedzi Georga W. Busha czy Roberta Oppenheimera. Talentu kompozytorskiego nie brakuje, do tych 17 utworów zmieszczonych na krótszym niż pół godziny materiale chce się wracać. W pisanie muzyki i tekstów zaangażowani są wszyscy członkowie bydgoskiego tria.

To nie jest odkrywcza muzyka. To nie jest ani modne, ani nowatorskie. Ale jeśli ktoś, po kim wiemy czego się można spodziewać tworzy dzieło uzależniające i świeże to należy to docenić. Jak pomyślę sobie, że wyszedłem na deski gdańskiego ciasnego klubiku w ten sam wieczór co oni, to po prostu rumienię się ze wstydu i uciekam wzrokiem. Kiedy ja wcinałem pizzę od organizatora ekipa z Bydgoszczy po kolei montowała wytrzeszcz na oczach publiki. Co niektórzy woleli siedzieć na zewnątrz, szaleństwa pod sceną nie było, ale ilość skaczących na parkiecie nie przełożyła się na jakość występu. Ale na relacje już trochę późno, Kawałki z Nihilist na żywo bronią się znakomicie.

A tak na marginesie album zajebiście sprawdza się jako soundtrack do jedzenia jajecznicy w poniedziałek o szóstej rano. Kiedy za oknem pada, ludzi biorą diabli a pojebów słuchających metalu nosi z przesytu energii. Ta choroba musi zarażać, zakażonych będzie przybywać. Cieszy mnie w związku z tym niezmiernie, że zespół widać we wszystkich istotnych dla muzyki metalowej gazetach i portalach internetowych. Chłopaki umieją opowiadać o swojej muzyce. Ja będę się starał skrobnąć coś więcej o ich innych krążkach, bo mam całą dyskografię w kolekcji. Przybywajcie na dźwięk krowiego dzwonu!

Na potrzeby nowego cyklu Support Underground wprowadzam oceny.

Unborn Suffer - Nihilist

Ocena: 9/10


środa, 17 sierpnia 2016

Uciekając z undergroundu

Nex - Totalitarian Leader

Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. Mimo że recenzowany materiał na pewno nie jest hitem sprzedaży nawet w naszym kraju, to obserwując poczynania szczecińskiego bandu mam nieodparte wrażenie, że już wkrótce Nex wskoczy na tory wiodące ku wielkiej karierze.

To z całą pewnością nie jest krążek, który rzucił mnie na kolana i zniewolił narządy słuchu. Kilkanaście minut solidnego death metalu granego na siedmiostrunowych gitarach nie pozostawia mnie jednak obojętnym. Odważne intro może zrazić purystów, ale chcącym cieszyć się muzyką szczecińskiej ekipy pozostając "true" radzę przywołać uwerturę do kultowego krążka Fallen Angel of Doom... Kanadyjczyków z Blasphemy. Utwór Nex zdaje się rozpoczyna też koncerty. Mnie od początku kupił drugi utwór na krążku. Ten Tables of Faith spowodował, że podjąłem decyzję o zakupie krążka Szczecinian. W czasie koncertu w Szczawnie-Zdroju po prostu stałem i gapiłem się z otwartą gębą słuchając zajeżdżającego Vaderem na kilometr utworu. Zwłaszcza gra pałkera przyciąga uwagę. Zresztą, kto widział Nex na żywo na pewno pamięta jego imponujący zestaw perkusyjny. Ostatni kawałek rozpoczyna intro (puszczane też w czasie występów na żywo) nawiązujące do konceptu tej EPki. Zagrywka gitarowa zamykająca Slaves in the Name of Law również może być punktem zaczepienia, powodem do ponownego wciśnięcia przycisku Play, kiedy już dźwięki debiutanckiego materiału Nex umilkną.

Udało mi się poznać czterech muzyków tworzących zespół. Twardo stąpają po ziemi, wiedzą że nie zrobią nagłego przeskoku do wielkich pieniędzy, bo kariera w muzyce metalowej wymaga litrów potu wylanych w ciasnych, często pozbawionych publiki klubach. Zdają sobie sprawę, że muzyka nie broni się sama i trzeba ją promować i co za tym idzie inwestować ciężko zarobione pieniądze w trasy koncertowe.

Już wkrótce Nex wejdzie do studia i zacznie rejestrować pierwszego długograja. Materiał jest już częściowo ograny, bo logiczne jest, że koncertowy repertuar musi być bardziej obfity niż trzy utwory zawarte na Totalitarian Leader. Trasa w Rosji na pewno nie sprawi, że w państwie Putina czwórka Polaków będzie popularna jak również pochodząca ze Szczecina caryca Katarzyna II. Przeczucie mówi mi jednak, że dążenie do celu i omijanie półśrodków sprawi, że jeszcze będę się chwalił graniem z nimi na jednej scenie.

środa, 22 czerwca 2016

Odpoczynek przy melodii

In Flames - Clayman

- Jak na moje ucho brzmią okropnie komercyjnie i wyrachowanie, choć trzeba przyznać, że w ich przypadku zadziałało to ponad wszelkie oczekiwania. Dziś są jednym z największych zespołów w Szwecji (w ogóle), grają potężne trasy na całym świecie, a sprzedaż ich płyt onieśmiela. Jednak z death metalem nie mają już zbyt wiele wspólnego - tak na temat Andresa Friddena i spółki wypowiedział się autor przecudownego opracowania Szwedzki death metal, Daniel Ekeroth. Nietrudno się z nim zgodzić, bo dziś dużo bardziej o brzmieniu szwedzkim dowiemy się słuchając polskiego The Dead Goats niż ekipy z Gothenburga.

Tych 11 utworów z 2000 roku to w wielu zestawieniach kanon melodyjnego death metalu. Miałem w swoim życiu etap, że dźwięki grane przez Szwedów opanowały mojego kaseciaka. Materiał wydawał mi się idealnie wyrażać ciężar, brutalność i melodię, których wówczas szukałem w muzyce. Co gorsze, wydawało mi się, że to wyznacznik tego, jak powinien brzmieć szwedzki death metal.

To ciekawe jak szybko gust muzyczny potrafi ewoluować. Od pierwszego zderzenia z odpychającym growlingiem można dojść do momentu, w którym czysty śpiew w mocnej muzyce jest czymś nienaturalnym. Nadmiar melodii może być wyznacznikiem kiczu, a nie talentu kompozytorskiego. Dziś w celu napisania recenzji dosłownie zmusiłem się do posłuchania Szwedów. Nowszych wydawnictw spod znaku In Flames raczej w ogóle nie tykam, bo kierunek w jakim poszli jest dla mnie totalnie bezpłciowy. Jeżeli mam ochotę na ciężką muzykę z dobrymi melodiami to sięgam po Machine Head albo Carcass. Dużo mniej tam kiczu kojarzącego się z emo-twarzą metalu.

Skupiając się na muzyce trzeba powiedzieć, że od razu wrzyna się w głowę. Nie da się nie zapamiętać melodii jakie Szwedzi zafundowali słuchaczom w takich kawałkach jak Bullet Ride, Pinball Map czy Satellites and Astronauts. Bez popity wchodzi też jeden z kawałków do tej pory granych przez In Flames na koncertach czyli Only for the Weak. Wokalizy Friddena są zróżnicowane. Dominuje wściekły growl, ale pojawiają się też fragmenty screamowane. Brzmienie jest perfekcyjnie klarowne, można ryzykować i puszczać ten album osobom, które metal omijają szerokim łukiem. Czyli jest wszystko to, za co ortodoksi nienawidzą najbardziej.

Na koniec muszę się przyznać, że jednak trochę mi nóżka chodziła przy słuchaniu. Zdecydowanie wolę starszy materiał Szwedów, ale nie mogę zignorować faktu, że najlepiej przygodę z In Flames zacząć właśnie od tego albumu. Jeśli ktoś lubi kontrolowaną agresję z dodatkiem kapitalnych melodii to można zaryzykować, że na pewien czas dźwięki z Gothenburga zawładną jego odtwarzaczem. Clayman to płyta dobra jeśli dopiero zaczyna się przygodę z ekstremalną muzyką. Gdyby młodszy kuzyn czy dziecko znajomych pytało mnie o rekomendację to poleciłbym ten album w ciemno. Nie ukrywam, że liczyłbym przy tym na rychły przeskok na bliższy mi repertuar. Bo taka jest według mnie kolej edukacji muzycznej.