środa, 17 sierpnia 2016

Uciekając z undergroundu

Nex - Totalitarian Leader

Tytuł wpisu nie jest przypadkowy. Mimo że recenzowany materiał na pewno nie jest hitem sprzedaży nawet w naszym kraju, to obserwując poczynania szczecińskiego bandu mam nieodparte wrażenie, że już wkrótce Nex wskoczy na tory wiodące ku wielkiej karierze.

To z całą pewnością nie jest krążek, który rzucił mnie na kolana i zniewolił narządy słuchu. Kilkanaście minut solidnego death metalu granego na siedmiostrunowych gitarach nie pozostawia mnie jednak obojętnym. Odważne intro może zrazić purystów, ale chcącym cieszyć się muzyką szczecińskiej ekipy pozostając "true" radzę przywołać uwerturę do kultowego krążka Fallen Angel of Doom... Kanadyjczyków z Blasphemy. Utwór Nex zdaje się rozpoczyna też koncerty. Mnie od początku kupił drugi utwór na krążku. Ten Tables of Faith spowodował, że podjąłem decyzję o zakupie krążka Szczecinian. W czasie koncertu w Szczawnie-Zdroju po prostu stałem i gapiłem się z otwartą gębą słuchając zajeżdżającego Vaderem na kilometr utworu. Zwłaszcza gra pałkera przyciąga uwagę. Zresztą, kto widział Nex na żywo na pewno pamięta jego imponujący zestaw perkusyjny. Ostatni kawałek rozpoczyna intro (puszczane też w czasie występów na żywo) nawiązujące do konceptu tej EPki. Zagrywka gitarowa zamykająca Slaves in the Name of Law również może być punktem zaczepienia, powodem do ponownego wciśnięcia przycisku Play, kiedy już dźwięki debiutanckiego materiału Nex umilkną.

Udało mi się poznać czterech muzyków tworzących zespół. Twardo stąpają po ziemi, wiedzą że nie zrobią nagłego przeskoku do wielkich pieniędzy, bo kariera w muzyce metalowej wymaga litrów potu wylanych w ciasnych, często pozbawionych publiki klubach. Zdają sobie sprawę, że muzyka nie broni się sama i trzeba ją promować i co za tym idzie inwestować ciężko zarobione pieniądze w trasy koncertowe.

Już wkrótce Nex wejdzie do studia i zacznie rejestrować pierwszego długograja. Materiał jest już częściowo ograny, bo logiczne jest, że koncertowy repertuar musi być bardziej obfity niż trzy utwory zawarte na Totalitarian Leader. Trasa w Rosji na pewno nie sprawi, że w państwie Putina czwórka Polaków będzie popularna jak również pochodząca ze Szczecina caryca Katarzyna II. Przeczucie mówi mi jednak, że dążenie do celu i omijanie półśrodków sprawi, że jeszcze będę się chwalił graniem z nimi na jednej scenie.

środa, 22 czerwca 2016

Odpoczynek przy melodii

In Flames - Clayman

- Jak na moje ucho brzmią okropnie komercyjnie i wyrachowanie, choć trzeba przyznać, że w ich przypadku zadziałało to ponad wszelkie oczekiwania. Dziś są jednym z największych zespołów w Szwecji (w ogóle), grają potężne trasy na całym świecie, a sprzedaż ich płyt onieśmiela. Jednak z death metalem nie mają już zbyt wiele wspólnego - tak na temat Andresa Friddena i spółki wypowiedział się autor przecudownego opracowania Szwedzki death metal, Daniel Ekeroth. Nietrudno się z nim zgodzić, bo dziś dużo bardziej o brzmieniu szwedzkim dowiemy się słuchając polskiego The Dead Goats niż ekipy z Gothenburga.

Tych 11 utworów z 2000 roku to w wielu zestawieniach kanon melodyjnego death metalu. Miałem w swoim życiu etap, że dźwięki grane przez Szwedów opanowały mojego kaseciaka. Materiał wydawał mi się idealnie wyrażać ciężar, brutalność i melodię, których wówczas szukałem w muzyce. Co gorsze, wydawało mi się, że to wyznacznik tego, jak powinien brzmieć szwedzki death metal.

To ciekawe jak szybko gust muzyczny potrafi ewoluować. Od pierwszego zderzenia z odpychającym growlingiem można dojść do momentu, w którym czysty śpiew w mocnej muzyce jest czymś nienaturalnym. Nadmiar melodii może być wyznacznikiem kiczu, a nie talentu kompozytorskiego. Dziś w celu napisania recenzji dosłownie zmusiłem się do posłuchania Szwedów. Nowszych wydawnictw spod znaku In Flames raczej w ogóle nie tykam, bo kierunek w jakim poszli jest dla mnie totalnie bezpłciowy. Jeżeli mam ochotę na ciężką muzykę z dobrymi melodiami to sięgam po Machine Head albo Carcass. Dużo mniej tam kiczu kojarzącego się z emo-twarzą metalu.

Skupiając się na muzyce trzeba powiedzieć, że od razu wrzyna się w głowę. Nie da się nie zapamiętać melodii jakie Szwedzi zafundowali słuchaczom w takich kawałkach jak Bullet Ride, Pinball Map czy Satellites and Astronauts. Bez popity wchodzi też jeden z kawałków do tej pory granych przez In Flames na koncertach czyli Only for the Weak. Wokalizy Friddena są zróżnicowane. Dominuje wściekły growl, ale pojawiają się też fragmenty screamowane. Brzmienie jest perfekcyjnie klarowne, można ryzykować i puszczać ten album osobom, które metal omijają szerokim łukiem. Czyli jest wszystko to, za co ortodoksi nienawidzą najbardziej.

Na koniec muszę się przyznać, że jednak trochę mi nóżka chodziła przy słuchaniu. Zdecydowanie wolę starszy materiał Szwedów, ale nie mogę zignorować faktu, że najlepiej przygodę z In Flames zacząć właśnie od tego albumu. Jeśli ktoś lubi kontrolowaną agresję z dodatkiem kapitalnych melodii to można zaryzykować, że na pewien czas dźwięki z Gothenburga zawładną jego odtwarzaczem. Clayman to płyta dobra jeśli dopiero zaczyna się przygodę z ekstremalną muzyką. Gdyby młodszy kuzyn czy dziecko znajomych pytało mnie o rekomendację to poleciłbym ten album w ciemno. Nie ukrywam, że liczyłbym przy tym na rychły przeskok na bliższy mi repertuar. Bo taka jest według mnie kolej edukacji muzycznej.

sobota, 30 stycznia 2016

Sobotni freestyle vol. 4. Powrót do przeszłości

Zaniedbałem się muzycznie, a w sprawie tego bloga zaniedbałem się strasznie i karygodnie. Tyle słowem tłumaczenia. Forma "Sobotniego freestyle'u" jest chyba najlepsza na przełamanie.

Jak zaznaczyłem w tytule, dziś muzycznie wracam do przeszłości. Jakieś ładne kilka lat temu, kiedy odkryłem dobrodziejstwo zwane Last.fm zakochałem się totalnie w Mastodonie. Wprawdzie później były też momenty zapomnienia i zawiedzenia w stosunkach pomiędzy mną a ekipą z Atlanty, ale Mastodon niezmiennie pozostaje liderem moich rankingów na serwisie, o którym wyżej wspomniałem. Dziś po raz kolejny zastanawiałem się, jak można zagrać koncert bez killera takiego, jak ten:


Piłkę nożną zapuściłem jeszcze bardziej niż muzykę i wobec królowej gier zespołowych też w pewien sposób się dzisiaj kajam. Szkoci z Mogwai są dobrzy jako sobotnie tło, a szczególnie ich soundtrack do obrazu on najbardziej eleganckim piłkarzu wszech czasów. Nawet, gdy uderzał Materazziego głową zrobił to z gracją. Filmu jeszcze nie dałem rady obejrzeć w całości, ale na pewno w tym roku to nadrobię.


Phil Anselmo jest na cenzurowanym. Kto z nas po pijanemu nie robił głupich rzeczy? A ktoś z nas mieszkał w Nowym Orleanie? Robb Flynn już przywalił frontmanowi Down z grubej rury. Nie będę bronił nikogo, bo nie chce mi się zagłębiać w umysł pijanego Amerykanina, ale swoje wiem. Bardzo nie fair jest wystosowywanie do kogoś komunikatów na mediach społecznościowych, bo z góry skazuje się drugą stronę na przegraną. Wspólne wystąpienie - zarzut i kontrargument - to rozumiem. Tak, czy inaczej, to Phil jest moim królem wśród wokalistów, nie Robb.

https://www.youtube.com/watch?v=4hx8TW6sYys

Zacny był ten rok pod względem koncertów. Obejrzałem sporo polskiego undergroundu, ale najbardziej w pamięci utkwiły mi dwie imprezy. Pierwsza, jeszcze w lutym, w Szczecinie, gdzie rozwalił mnie Oral Fistfuck, a dobili królowie z Asphyx. Jeśli o Holendrach piszę, to musi być Minefield!


W podsumowaniach 2015 roku króluje album Pylon wydany przez Killing Joke. Oprócz singla nie było mi dane jeszcze przesłuchać całości. U mnie niezmiennie rządzi album Killing Joke (ten drugi) z bębnami Dave'a Grohla. Ale ostatnio wróciłem do innego magicznego krążka o mrocznym tytule.



wtorek, 2 czerwca 2015

Piłowanie metalu!

Metal to muzyka, która paradoksalnie potrafi zyskać na wartości, kiedy gra się ją w ciasnym klubie, gdzie ogłuszający hałas podlany potem wywołuje mrowienie w dupie ciarki na plecach. 29. maja w Boogie Barze w Pile odbyła się impreza Piła do metalu zorganizowana przez bydgoski thrashmetalowy Deathinition. Był alkohol, śmierdzące kible i zajebista muza.


The Rising Storm (fot. Simplyclever Photography)
TRS przyjechał z Obornik i zagrał tak, jak ma w zwyczaju - głośno, wściekle i politycznie niepoprawnie. Były niecenzuralne słowa i niegrzeczna konferansjerka gitarzysty rytmicznego Marcina Gronowskiego, był wściekły, urozmaicony czystym śpiewem wokal Marcina Kaźmierskiego. Chłopaki dopiero zaczynają, ale niektóre ich kompozycje mają potencjał na hity. Light (God Doesn't Exist) czy Born in Storm, mogą spodobać się zarówno miłośnikom death metalu, jak i grania bardziej spod znaku groove. Ze sceny zachęcano do zabawy i po kilku kawałkach ruszyło pogo. Prym wiódł dryblas w katanie z ekranem Carcass, który "w debiucie" zderzył się glanem z twarzą innego tańczącego. Trzeba było na niego uważać, ale nie ma to jak dodatkowa adrenalina. 12. czerwca The Rising Storm powalczy w finałowym koncercie o udział w LuxFeście. Jeżeli im się uda, to będą bronić honoru ekstremalnego metalu na największej poznańskiej imprezie rockowej.


Kolejny zespół, mimo że nie organizował koncertu, pełnił honory gospodarzy. Pilski Dying Spirit zaimponował mi najbardziej dopracowanym brzmieniem, kiedy robiłem rekonesans przed przyjazdem na imprezę. Słychać było wyraźne inspiracje Lamb of God, ale w żadnym wypadku nie mogło to być zarzutem. Najlepiej o wybornej formie pilan świadczył potężny młyn pod sceną. Wyproszony przez publiczność zabrzmiał też cover zespołu Akcent Pszczółka Maja. Występ, pomimo awarii basu już w pierwszym kawałku, zasługiwał na najwyższe oceny. Nie wytrzymałem całości pod sceną, bo robiło się jeszcze goręcej i tłoczniej niż przy występie TRS. Nota bene to właśnie chłopaki z Obornik wiedli prym pod sceną.



Maggoth (fot. metal-archives.com)
Maggoth przyjechali z samego centrum Polski, czyli z Pabianic. Z czterech ekip grających w piątek w Pile mają największy staż, ale głośno zrobiło się o nich stosunkowo niedawno. Odkryłem ich dzięki Perłom Metalu kilka dni przed koncertem i z miejsca mnie kupili. Dimebag Darrell żyje! To była pierwsza myśl po zobaczeniu zespołu na scenie. Grający na gitarze wokalista Austin wygląda jak jego żywy klon. Na scenie działo się dużo. W pewnym momencie zapadła się nawet jedna z desek. Niestety tłumy zniknęły z sali, ale grający się tym w ogóle nie przejmowali. Raz po raz Austin albo basista Grucha zeskakiwali do kilkunastu ludzi słuchających ich gry. Entuzjazm wzbudził cover... Pantery (sic!). Domination zostało odegrane popisowo. Swoją drogą najwięcej mojej uwagi przyciągała gitara prowadząca. Tego nie da się opisać, to trzeba usłyszeć. Po koncercie udało mi się kupić ich debiut System Error. Bez dwóch zdań są moim nowym "ulubionym" zespołem. Ostatni koncert, który tak mnie zachwycił to Oral Fistfuck w lutym w Szczecinie przed Asphyx.


Na końcu na dziurawą już scenę weszli organizatorzy koncertu i gwiazda wieczoru, bydgoscy thrashowcy z Deathinition. Trzeba przyznać, że mają chłopaki dobry PR, bo w internecie o nich pisze się dużo i zazwyczaj pozytywnie. Bez problemu można dotrzeć do ich nagrań. DN mają w dorobku epkę Art of Manipulation z czterema numerami, którą można było zakupić na stosiku z merchem. Była też oldskulowo wydana kaseta, koszulki w różnych kolorach i naszywki. Widać, że myślą o fanach. Akurat z muzyką tego zespołu najmniej mi było po drodze z całego składu Piły do metalu, co nie znaczy, że mi się nie podobało. Publiczność już mocno przetrzebiło zmęczenie i alkohol, ale nie zabrakło wiernych pogujących w pierwszej linii pod sceną. Widać było, że granie koncertów to dla ekipy z Bydgoszczy nie pierwszyzna. Udanym dodatkiem do autorskiego setu był cover Kata Zawieszony sznur. Już w niedzielę 7. czerwca DN zagra przed Elm Street i Hybris U Bazyla w Poznaniu. Komu thrash miły niech przybywa. Na pewno zabrzmi ich hitowy utwór Pozer Song.



Mimo że impreza przeciągnęła się w czasie mocniej niż planowałem, a czekał mnie jeszcze przejazd 100 km do Poznania z klejącymi oczami, to nie żałuję przyjazdu do Boogie Baru. Ciekawe, klimatyczne miejsce plus porcja solidnego metalowego łojenia w czterech różnych wydaniach. Takie masakrowanie narządów słuchowych lubię najbardziej.

poniedziałek, 30 marca 2015

Nieśmiertelne podziemie

Vital Remains – Forever Underground

Pierwszym skojarzeniem, jakie mam z zespołem Vital Remains są bardzo długie utwory. Drugim tandem Suzuki – Lazaro. Trzecim wirtuozeria instrumentalna. Techniczny death metal polany blackowym sosem trafił do mnie stosunkowo późno, bo dopiero przy premierze Dechristianize. Długo nie sięgałem po nic innego, sądząc, że to ich opus magnum. Gdzieniegdzie trafiałem na opinie, że równie dobre jest Dawn with Apocalypse. Jak zwykle, przekornie, napiszę o innym albumie, zresztą moim ulubionym tej kapeli. Forever Underground to część mojej zimnaej trójcy. Jeden z trzech albumów, (obok Thelemy.6 i Monotheist) od których w całości wieje wielkim chłodem. Właśnie takim, jaki uwielbiam.

Album zakupiłem podczas koncertu Hate w poznańskim Blue Nocie. To musiał być 2012 rok, bo supportująca zespół Adama Pierwszego Grzesznika Antigama promowała wówczas epkę Stop The Chaos. Grały jeszcze dwa poznańskie bandy: nieistniejący już Theriotes i Anthem, którego debiut z 2014 roku niedługo zostanie tu opisany. 

Zaczyna się zaskakująco. Po podniosłej zagrywce w otwarciu rusza rytm, który kojarzy mi się ze wszystkim, tylko nie z amerykańskim death metalem. Gra gitar raczej przywołuje skojarzenia ze starą szkołą thrashu, ale to tylko chwilowy dysonans. Kiedy wchodzi wokal, utwór tytułowy na powrót staje się death metalem wysokiej klasy. Wizytówką albumu. O growlu na Forever Underground trzeba w tym miejscu napisać więcej. Przy mikrofonie stoi tym razem Joe Lewis, basista z dwóch pierwszych albumów Vital Remains, Na kolejnym krążku został zastąpiony przez Thorna, a sam znów chwycił za cztery struny. Moim zdaniem jego dyspozycja na trzecim długograju ekipy z Rhode Island jest wyborna. Na pewno na długo w pamięci zostaje też prawie dziesięciominutowy I am God. Początek w stylu Morbid Angel z debiutu, a potem kult w czystej postaci. Death metalowy hymn. Nieco dłuższy niż Death Metal Possessed, ale wybrzydzać nie będę.



Trzeba mieć talent kompozytorski, by robiąc tak długie utwory nie zanudzić słuchającego. Sześć numerów w niecałe 43 minuty to naprawdę sporo, biorąc pod uwagę fakt, że nie tworzy się według schematu zwrotka-refren powtarzanego w nieskończoność. Cały czas próbuję się przekonać do zakupionego ostatnio i chwalonego na prawo i lewo Embrional. Tam brakuje właśnie tego czegoś, co na każdym albumie ma Vital Remains. Tutaj nie trzeba szukać lepszych momentów, by znaleźć punkt zaczepienia. Słuchacz trzyma się mocno muzyki Amerykanów od początku do końca.

Vital Remains dzięki współpracy z Glenem Bentonem zbliżyło się na pewien czas do pierwszej ligi światowego death metalu, choć trudno tu mówić o mainstreamie muzyki śmierci w ścisłym tego słowa znaczeniu. Myślę, że czas pokazał, że ten zespół swoje miejsce ma jednak w podziemiu. Kult jakim cieszy się wśród fanów to potwierdza. Czekam na okazję, żeby zobaczyć ich na żywo.

poniedziałek, 23 marca 2015

Późne objawienie

Vader – Revelations


Vader to zespół-firma. Wydaje płyty z zadziwiającą regularnością i co najważniejsze nie nagrał jeszcze czegoś, za co mógłby się wstydzić. W stosunku do Vadera od zawsze wydaje mi się, że nie do końca należycie ich znam. Miałem kilka chwil, kiedy słuchałem olsztyńskiego zespołu nieco więcej niż tylko przy okazji wydawania kolejnych albumów. Miałem okazję być na koncercie, kiedy na jednym z Blitzkriegów grali razem z Mardukiem. W ramach niespodzianki trafiłem też kiedyś na spotkanie dla fanów zorganizowane w poznańskim Empiku. Wyszedłem stamtąd z podpisanym przez ówczesnych członków zespołu (Peter, Novy, Daray, Mauser) plakatem promującym DVD And Blood Was Shed in Warsaw

Revelations był nie tylko pierwszym albumem Vadera z jakim zetknąłem się bliżej, ale w ogóle jednym z pierwszych krążków death metalowych, jakie dane mi było usłyszeć. To było jeszcze przed czasami, kiedy pokochałem Death i zacząłem chłonąć wszystko, co z Florydy. Z Revelations zetknąłem się krótko po moim pierwszym razie z ekstremalnym metalem, czyli po starciu z kupionym w ciemno Metal Boksem Metal Mindu. Dwa (a właściwie trzy), dość przypadkowo zestawione albumy Sepultury miały mnie przekonać do ostrych brzmień. Roots miało dużo łatwiejsze zadanie niż Bestial Devastations i Morbid Visions. Po pierwsze kusił pięknie wykonanym digipackiem. Po drugie, nie oszukując się, muzyka z Korzeni była dużo bardziej przystępna dla nieprzyzwyczajonego do śmierć metalu słuchacza niż pierwsze dwa krążki Brazylijczyków.

Vader jest paradoksalnie bardziej przystępny przez ten charakterystyczny, stosunkowo czytelny wokal Petera. Im dłużej słucha się gry Olsztynian, tym bardziej wyraźnie czuć głębokie zakorzenienie w tradycji thrashowej. Na początku XXI wieku siłą Vadera nadal pozostawał niepowtarzalny perkusista. Jego problemy z uzależnieniami były już wtedy w środowisku tajemnicą poliszynela. Revelations okazał się ostatnim albumem wydanym z Docentem za garami. Był jeszcze minialbum Blood i muzyk-narkoman wyleciał z zespołu. Na The Beast bębnił już Daray.
Angel of  Death nie zmieścił się na Revelations


Gdybym dzisiaj miał podać najlepszy skład Vadera to ten z Revelations na pewno byłby wysoko w rankingu. Wprawdzie Mauser nie miał tu jeszcze swobody przy komponowaniu, jak w późniejszych czasach, ale na scenie prezentował się znakomicie, podobnie jak długowłosy basista z szaleństwem w oczach Saimon (gdzieś mam nawet fotkę z nim zrobioną na Przystanku Woodstock w tzw. Wiosce Huntera).

Revelations to Vader w wysokiej formie, Vader typowy, prezentujący swoje szybkie, nieskomplikowane oblicze z jednej strony (Torch of War), a z drugiej atakujący mieszającymi rytmami i diabelskimi zwolnieniami (When Darkness Calls). Nie jest to tak szybkie, jak Litany, nie jest tak jednowymiarowe, jak De Profundis, ani przez moment nie jest też kiczowato i chwytliwie, jak na The BeastNajsmaczniejszy kąsek Peter zostawił na sam koniec. Revelation of Black Moses to siedmiominutowy walec, który podsumowuje to, co działo się na całym albumie. Warto wspomnieć, że gościnie na płycie pojawili się klawiszowiec Lux Occulty Ureck i Nergal, który kilka miesięcy później wydał z Behemothem świetnie przyjęty krążek Zos Kia Cultus.

34 minuty tego albumu mogą być z perspektywy czasu ocenione jako wspaniały przewodnik po muzyce tworzonej przez ekipę Petera. Marka Vadera w świecie jest już wyrobiona, kto nie zdążył się zapoznać może zacząć od Revelations. Bo najlepsze moim zdaniem wydawnictwa olsztynian, czyli De Profundis i Litany nie przedstawią całego arsenału jakim dysponuje armia Petera. Inny pomysł to sięgnięcie po książkę Jarka Szubrychta, Vader. Wojna totalna. O niej mam zamiar napisać już wkrótce.
Vader w bardzo mocnym składzie

niedziela, 22 marca 2015

Zaszyć się i zapić!

Odraza – Esperalem tkane

Z wiekiem doświadczenie podświadomie każe unikać marketingowych zagrywek i sztucznych zachwytów wywoływanych w celach komercyjnych. Dlatego sporo czasu minęło zanim zająłem się odsłuchem chwalonego z każdej strony debiutu Odrazy. Nie mogłem w nieskończoność odsuwać czegoś, co było nieuniknione. Tytuł albumu wraz ze wzbudzającą wymioty okładką sugerowały, że to nie byle co. 

Pierwszy raz piszę recenzję przy pierwszym odsłuchu. Zazwyczaj zajmuję się ocenianiem materiału, który znam na wylot, po co najmniej kilkunastu próbach zmierzenia się z całością. W przypadku odrazy pierwsze nuty dały impuls. Początkowe dźwięki pokazują, że recenzenci nie wciskają picu na wodę. Odraza to zdecydowanie najlepszy debiutant 2014 roku. Stawrogina i Priesta można słuchać w robiącym karierę na polskiej scenie blackowej MasseMord. 

Pisałem już na tym blogu o albumie cuchnącym na kilometr wódką i rzygowinami. Stillbornowi klimat udało się wywołać bez bezpośrednich odwołań, na Esperalem tkanych nawiązania są dużo bardziej dosłowne. Przede wszystkim kapitalne są teksty, wszystkie napisane w języku polskim. Wokal, mimo że wściekły i dynamiczny, wcale nie jest nieczytelny i żeby dotrzeć do warstwy werbalnej wcale nie trzeba sięgać po booklet. Intensywnie jest od samego początku. Niech się dzieje z rytmem wybijanym na werblu przywołał w mojej pamięci odległy już o ponad dziesięć lat debiut Vesanii słuchany namiętnie w liceum. W tekście pojawia się cytat z Kazimierza Przerwy-Tetmajera, a konkretnie z Eviva l'arte! Highlightem albumu jest opatrzony drugim numerem Wielki Mizogin:

Rdzawy świt
Estrogenem szyte sny
Cierpki rum
Lepki brzuch - Monotonia
Wielki grat
Mokry bat
Śmiech za strach
Wapno, piach - Monotonia

Następny w kolejce Esperalem Tkany zaczyna się spokojnie. Dużo się w nim dzieje, przez ponad dziesięć minut mamy przyspieszenia i zwolnienia, niczym w pijackim widzie środki wyrazu mają tutaj wyjątkowo dużą amplitudę. Najbardziej złe, agresywne i typowo blackowe są dla mnie Gorycz i Próg. Poprzedza je instrumentalna miniatura pt. Cicha 8. Wsłuchajcie się w zwolnienie w kawałku numer pięć. Też słyszycie to w tle?

Tam gdzie nas nie spotkamy, ostatni utwór albumu pozornie zupełnie nie koresponduje z obrazkiem zdobiącym płytę. Zaczyna się gitarowym motywem, który spokojnie mógłby być skomponowany przez Neurosis czy daleko nie szukając Tides From Nebula. Ciekawie pracują stopy, dwie ścieżki gitar długo wymieniają dźwięki budując raczej ciepłe, dające nadzieję myśli. Tekst deklamowany przez Stawrogina pozostawia wiele niewiadomych. Czuć w tym zdecydowanie awangardowy powiew, ale nie taki z aromatami wystylizowanych wąsów i modnych ubrań.

Tam, gdzie nas nie spotkamy
Nie z “popiołu” dziś, lecz z “woli” jutro;
Tam, gdzie nas nie spotkamy
Noc nie kończy się nocą, lecz dzień dniem zaczyna;
Tam, gdzie nas nie spotkamy
Melancholia się nami nie nażre;
Tam, gdzie nas nie spotkamy
Z bruku podniosła się chęć i roztarła miasto.

Polski black metal staje się po death metalu z lat 90. staje się poważną siłą, marką na światowej scenie. Trudno mówić tu o towarze eksportowym, bo jednak black metal w prymitywnym, kaleczącym psychikę wydaniu nigdy nie stanie się dobrem komercyjnym. Obok Furii, Morowego i MasseMord pojawia się nowa wyśmienita załoga z Krakowa. Raczej nie konkurent, bo czytając wypowiedzi Priesta i Stawrogina można odnieść wrażenie, że kariera Odrazy nie zakłada wyścigu po sukces. Może skończy się już po pierwszym albumie?