
Soundgarden - Badmotorfinger
Grunge to gatunek, z którym zaznajomiłem się wyjątkowo późno. To pewnie efekt z jednej strony młodego wieku, w jakim byłem w momencie świetności tego gatunku, z drugiej strony braku dostępu do telewizji satelitarnej przez całe dzieciństwo. Muzyka z Seattle prawie w całości jest dla mnie oznaczona piętnem świadomych poszukiwań i zamierzonych wyborów. Muzyka buntu trafiła do mnie właśnie wtedy, kiedy buntowanie zaczynało mi się powoli nudzić.
Nie wiem dlaczego, ale pierwsze kontakty z nowym zespołem zawsze decydują o moim przyszłym stosunku do niego. Owszem, potrafię się przekonać do czegoś, co na początku mi nie podeszło, potrafię też znudzić się do czegoś, co w pierwszym odczuciu wydaje się wyjątkowo interesujące. Chodzi mi raczej o to, że jeśli po pierwszych starciach z twórczością grupy mam swojego faworyta, ulubiony album, itp. to tak już raczej zostaje. Chociażby z sentymentu. A inne zdanie pozostałych tylko ten wybór umacnia.
Tak też jest w przypadku zazwyczaj drugiego w rankingach albumu Soundgarden. Badmotorfinger od początku został moim faworytem i jest nim do tej pory, mimo że odkrywam coraz więcej interesujących dźwięków na pozostałych albumach. Pierwszym utworem Soundgarden, który zacząłem kojarzyć był w końcu Outshined
I just looked in the mirror
Things aren''t looking so good
I''m looking California
And feeling Minnesota
Things aren''t looking so good
I''m looking California
And feeling Minnesota
Płytę przepełniają przeboje. Podążając za kolejnością zaproponowaną przez zespół, Rusty Cage z genialnym wstępem. Zaraz po nim mój walcowaty przebój, a następnie monumentalny Slaves and Bulldozers. Ani sekundy nudy, start idealny by zaciekawić słuchacza. W takich momentach (na płytach bardzo dobrych chwilę później) najczęściej zaczynają się wypełniacze. Taki układ jest najlepszy, bo odbiorca i tak zapamiętuje najlepiej początek i koniec. Tak działa nasz organizm i nic na to nie poradzimy. Siła Badmotorfinger tkwi w tym, że ten longplay wypełniaczy nie zawiera. 57 minut w dwunastu odsłonach, które uparcie powodują, że play wciska się raz jeszcze. Najbardziej dobitne zaprzeczenie fizjologii to utwór szósty. Somewhere z tekstem wydawałoby się banalnym:
I wish to wish I dream to dream
I try to try and I live to live
And I die to die and I cry to cry
I try to try and I live to live
And I die to die and I cry to cry
...wwiercił się swego czasu w moją głowę tak, że potrafiłem słuchać go dziesiątki razy w oderwaniu od reszty piosenek. Zaraz za nim Searching..., który z każdym słuchaniem irytuje mnie coraz mocniej beznadziejnym wstępem. Na szczęście intro można wybaczyć, gdy utwór rozkręca się na dobre. Żadnego beczenia czy szczekania, tylko pure Seattle. Miało być bardziej krytycznie, a wyszło po raz kolejny pisanie w stylu tribute. Trudno, taki mam sposób uciekania od pisania magisterki. Cytując kolejny krążek Ogrodu Just like suicide…
Wspaniała płyta, jednak nie zgodziłbym się co do faktu, że brak na niej "wypełniaczy". Takie "Drawing Flies" czy "New Damage" kompletnie do mnie nie trafiają. Ale to kwestia gustu oczywiście :)
OdpowiedzUsuńSzkoda, że nie wspomniałeś o "Jesus Christ Pose" - kapitalna piosenka (chyba najlepsza jaką kiedykolwiek Soundgarden stworzył) z bardzo dobrym teledyskiem, którego oglądanie do dziś przyprawia mnie o ciarki.
Dobre i niedoceniane jest też "Mind Riot". Czekam na inne recenzje płyt, na których się znam ;)