sobota, 6 października 2012

Sobotni freestyle

Noc, po której nie trzeba wcześnie stać. Przede mną naście niedoczytanych książek i setki płyt, których przesłuchanie będę odkładał w nieskończoność. Postanowienie niejedzenia po 20 przegra za jakiś czas z przekąskami zapijanymi kawą ugotowaną w macedońskiej dżeźwie. Chyba, że ręce będą zajęte.

Attila Csihar jest niepowtarzalny. Można go wielbić za kultowe De Mysteriis Dom Sathanas, można nie znosić (jak ja) za przebieranki, w których dość często przybiera wygląd dresiarza z disco bandu. W duecie z wielką Jarboe niszczy. Posłuchajcie sami.


Dino Merlin męczy mnie już ze dwa lata na czołowym miejscu w Polecanych programu last.fm. Nie mam pojęcia, co on tam wypitolił w swojej karierze. Wiem, że jest kultowy na Bałkanach, jak u nas Krzysztof lubiący wpadać do Suchego Lasu. Last podpowiada, że jego hit to:


Tak swoją drogą nie spodziewałem się, że śpiewa po angielsku.

Kawa musowa. A przy kawie odświeżamy hit, który już kiedyś tu przedstawiałem. Z Edo Maajką i jego Qashqaiem poznałem się na ulicy Grada Vukovara w Zagrzebiu. Tak mi się przynajmniej wydawało ;)

Zostałem posądzony o czczenie ciemnej strony mocy przed chwilą. To może coś na obudzenie tym razem. Uwielbiam opętane wokale. Steve Austin jest w tym najlepszy. Oczywiście o ile mu się chce. Bo zawsze może wysmażyć jakąś balladkę...

Tempo nieco zwalnia. Wspominałem o książkach, które mam zamiar dokończyć. Jest to trudne zadanie, bo co jakiś czas przytrafia się jakieś czytadło w stylu Cobena, które wciąga, ma xxx dalszych części, itp. A ja lubię tak całościowo. A jak jeszcze film na podstawie książki jest w kinie, to tym bardziej trzeba tę pozycję przeczytać. Na tapecie ostatnio miałem biografie Mirosława Okońskiego autorstwa Radosława Nawrota. Teraz czytam wcześniejszą biografię napisaną przez Ryszarda Chomicza. To, co udało mi się skończyć i to, czego być może nigdy nie skończę, możecie zobaczyć tu i tu.

Prasa na miesiąc październik już zakupiona. Z lektury TR dowiedziałem się o nowej płycie Acid Drinkers. Ponoć ma być bardziej czadowa. Singiel już w necie jest. Old Sparky czyli opowieść o krześle elektrycznym. Ukłon w stronę Kinga i jego Zielonej Mili?

Kolejny oficjalny singiel płyty zapowiadanej na październik. Tym razem nietypowy Lao Che. Ostatnio zasłuchiwałem się Powstaniem Warszawskim. Soundtrack, bo tak nazywa się nowy album, jak dla mnie brzmi (singiel) jakby się Spięty i reszta Much nasłuchali. Na razie na minus.

Noc jest ciemna, więc wkraczamy z klimatem. Ciężki kaliber, czyli Brian Williams bliżej znany jako Lustmord. Heresy to dzieło absolutnie wybitne, kto nie zna ten trąba. A wstęp do tego albumu jest tak ponury, że siedząc przy komputerze na Osiedlu Kraju Rad można się przenieść w zaśnieżone Himalaje. Aż czuć smród potu Yeti.

W ciężkim klimacie są też inni królowie. Długo przekonywałem się do nich, ale trzeba przyznać, że mają swój styl, który potrafi przemówić do słuchacza. W dobie mp3 i muzyki słuchanej w biegu nie mają prawa bytu. Sunn O))) zamknie niczym klamra pierwszego sobotniego freestyle'a na tym blogu. Zaczęło się od akcentu węgierskiego, zakończy również na nim. Attila współpracował z doomowcami z Seattle wielokrotnie przy okazji występów na żywo. Metal for monks moi drodzy.


Karnawałowa nuda

Decapitated - Carnival is Forever

Ten krążek kupiłem okazyjnie i zdecydowanie bardziej z sentymentu, niż chęci przesłuchania znajdującej się na nim muzyki. Przerwa w funkcjonowaniu zespołu z Krosna na pewno nie wpłynęła na moją sympatię do nich. To raczej kierunek w jakim podąża ich twórczość coraz mniej mnie interesuje. Pamiętam, jak przy okazji wydawania Organic Hallucinosis wszyscy podniecali się olbrzymim postępem, jaki uczynił młody ciągle zespół. Nie do końca to rozumiałem. Owszem, niektóre kawałki wgniatały w ziemię, ale cały album miał taki niepokojący senny klimat. To ochłodzenie emocji w muzyce, które można było zauważyć już na The Negation, poszło jeszcze dalej. Nie przkenał mnie też wokal. Covan odwalił na Organic Hallucinosis kawał dobrej roboty, ale głosem Decapitated był Sauron. I tak powinno zostać.

Wracając do ostatniego dzieła Vogga i spółki, tutaj też wokal nie jest taki, jaki mógłby być. Niby nie jest fatalnie, ale nie jest to poziom z pierwszych nagrań Decapitated. Nie słychać tego ognia, który był w stanie dać zespołowi opętany growling Saurona. Kompozycje nie mają tego czegoś, co sprawia, że chce się do nich wracać. Zdecydowanie bardziej pasuje do nich określenie: przewidywalne. Owszem, są ciekawsze momenty. To nie jest album z gatunku tych sprawiających słuchaczom wielki ból. Nadają się do szóstki Weidera, czy sprzątania w pokoju. Ale na pewno nie do wielogodzinnych rozmów przy dobrym alkoholu.

Co ciekawe wkład w powstanie pięciu z ośmiu utworów miał Vitek, który zginął traficznie w  2007 roku na Białorusi. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że  ewidentnie brakuje energii, jaką wytwarzali między sobą bracia Kiełtykowie. Może to kwestia aranżu? A może to jednak tego, że nawet z Vitkiem zespół zawędrowałby w rejony, w których nie do końca bym ich widział? Kończąc narzekania muszę wyróżnić świetny numer zamykający album zatytułowany Silence. Świetny klimat na koniec płyty zbudowany jazzującą momentami gitarą. Takie coś zrobił na moim ukochanym Symbolic Chuck Schuldiner stawiając kropkę nad i pięknym motywem gitary w Perennial Quest.

Od dłuższego czasu obiecuję sobie, że na tym blogu napiszę wreszcie jakąś negatywnie zabarwioną recenzję. Naprawdę trudno mi to przychodzi. Nie dlatego, że brak mi krytycznego podejścia. Głównie dlatego, że nie słucham muzyki, która mi się nie podoba. A nie lubię pisać o czymś, czego nie znam. Nie napiszę niczego o czymś, co uważam za słabe, bo uważam, że za słabo to znam... I kółko się zamyka. Bez wątpienia Carnival is Forever to album, którego nie reklamowałbym z szerokim uśmiechem. To nie jest muzyka, która wywołuje ciarki na moich plecach. Personalnie jest dobrze, powiedziałbym nawet, że świetnie. Nie ma w tych dźwiękach chemii.  Mam nadzieję, że na kolejnym krążku będzie już zdecydowanie lepiej. Na razie odstawiam Decapitated na półkę i zbieram siły na kolejne podejście. Nie zanosi się na nie zbyt szybko, chociaż kto wie...

Inne recenzje tego albumu:


Ta czwórka spłodziła Carnival is Forever (fot. Guitarworld.com)

czwartek, 4 października 2012

Z prochu powstałeś...

Dissection - Reinkaos

Rzadko zdarza się, aby album okazał się mniej brutalny niż spodziewałem się przed odsłuchem. Efekt zaskoczenia raczej działa w drugą stronę. Ostatnia płyta szwedzkiego Dissection, pierwsza w dorobku formacji, z którą miałem okazję się zapoznać zaskoczyła mnie właśnie sporo mniejszym niż mogłem przypuszczać ciężarem swojej muzyki. Jak się później okazało, melodia i harmonia, jaka jest zawarta w ostatnim albumie Dissection stanowi rzecz nie do zaakceptowania dla wielu fanów zespołu. Recenzje tego właśnie krążka są bardzo słabe w porównaniu z innymi albumami Szwedów. I to nawet jeśli weźmie się pod uwagę standardowe w środowisku metalowym zawyżanie ocen płyt, które nieco już przykrył kurz.

Uwielbiam muzycznych szaleńców w każdym wydaniu. Z całym szacunkiem do Jona Nödtveidta jego również bez wahania mogę w gronie muzycznych świrów wymienić. Lider Dissection nie zostałby raczej moim przyjacielem. Jego poglądy, które zresztą doprowadziły go do więzienia i w efekcie zawieszenia pracy zespołu  w latach 1997-2004 były dużo bardziej ekstremalne niż jego muzyka. Zabicie homoseksualisty okazało się nie ostatnim zabójstwem w jego życiu. Drugą ofiarą był sam  Nödtveidt. 13 sierpnia 2006 roku, 3,5 miesiąca po wydaniu recenzowanego przeze mnie krążka, strzelił sobie w głowę we własnym domu. Nie dziwiło to nikogo, kto wcześniej zetknął się z wypowiedziami  Nödtveidta na temat śmierci. Twierdził on, że prawdziwy satanista, wartościowy człowiek żyjący świadomie jest ponad śmierć i to on decyduje o tym, kiedy ona przyjdzie. Wiele kontrowersyjnych materiałów o zespole ze Strömstad możecie znaleźć tutaj. Szwedzki muzyk był przynajmniej w świetle opinii większości ludzi, człowiekiem naznaczonym negatywnymi emocjami. Tym bardziej dziwne, że  Reinkaos przy każdym odsłuchu nastraja mnie optymistycznie.

Jon Andreas Nödtveidt
Nie wiem, czy to przez wspomnienia (Reinkaos zasłuchiwałem się, w momencie kiedy dostałem pracę po ukończeniu studiów) czy przez jakieś przekazy podprogowe ta muzyka trafia do mnie w całości. Hipnotyzuje mnie już gitara akustyczna we wstępie, która płynnie przechodzi w utwór nawiązujący tytułem to Black Horizons z The Somberlain, czyli Beyond the Horizon. Udowodniono, że słuchacze najdokładniej zapamiętują początek i koniec albumu. Wiem to doskonale na własnym przykładzie, bo bardzo trudno mi wgryźć się w płytę, która ma słaby początek. Dissection na tej płycie przełamuje tę zasadę, bo najlepsze fragmenty są umieszczone w środku. Black Dragon i Dark Mother Divine to zdecydowanie highlighty tego albumu. Szczególnie ten drugi, z ostentacyjnie cielesnym tekstem, z drugiej strony będący też odą do kobiecości.

From her throne of skulls rules our Queen of endless might
She is the initiator of dark dreams - Bringer of Luciferian light
She is Satan's mistress, a reflection of the Black Sun
A Queen of the sinister moon - She's our dark mother divine

Lilith - Our Dragon Goddess
Taninsam - Destroyer of lies
For your glory we kill this world
In thy name we Sacrifice

Bringer of nocturnal light
Grant us the powers of the eyeless sight
Unveil thyself our obscene Queen
And cleanse us with the Black Flames of your beauty


Frater Nemidial, Dark Mother Divine

Rozumiem, że chwytliwe melodie nie muszą być w smak prawdziwym metalowcom. Rozumiem, że złagodzenie i wygładzenie brzmienia to dla niektórych sprzedanie ideałów podziemia. Jakby nie było Reinkaos pozostanie dla mnie albumem genialnym. Takim, którym nie sposób się znudzić. Który inspiruje do poszukiwań, do pracy nad sobą, do zastanowienia się nad życiem. Jeżeli kogoś to jednak nie przekonuje, to spokojnie może spróbować ze starszym wydaniem Dissection. Niżej zapis koncertu Rebirth of Dissection, już po wyjściu Nödtveidta z więzienia. Zdecydowanie przeważa repertuar z dwóch pierwszych albumów. 


Może Somberlain jest bardziej undergroundowy, może Reinkaos jest zagraniem pod publikę, łabędzim śpiewem szykującego się na koniec szaleńca? Nie przeszkadzają mi takie zarzuty. Nawet gdybym bardzo chciał nie mógłbym odmówić sobie przyjemności słuchania muzyki o tak olbrzymiej wartości artystycznej. Bo taki właśnie jest ostatni album Dissection. I nie mogę odrzucić go z pobudek ideowych. Nie mnie osądzać kto ma rację.

środa, 3 października 2012

D.I.E. by polish metal

Azarath – Diabolic Impious Evil

Pierwsze starcie z Azarath miałem przy okazji premiery drugiego albumu, Infernal Blasting. Byłem tak nakręcony entuzjastycznymi recenzjami w prasie, że w ciemno kupiłem przez internet tę płytę. Wprawdzie spodziewałem się brutalnego materiału, ale jego intensywność przez długi czas powodowała, że nie mogłem dobrze przetrawić muzyki Inferno i spółki. Kolejne krążki, które pomorska bestia płodziła podchodziły mi już zdecydowanie bardziej. Co więcej, pozwoliły mi wysunąć tezę, że dwójka była raczej czymś w rodzaju strzału prosto w pysk, który miał zwrócić uwagę na zespół. Nie pokazała nawet w nikłym stopniu potencjału, jakim on dysponuje. W dodatku jej wydźwięk w porównaniu z kolejnymi albumami powodował, że muzyka Azarath wydawała się dojrzalsza.

Co z tekstami? Nie ma sensu dłużej się nad nimi rozwodzić. Nie są grafomańskie, dobrze współgrają z muzyką. Diabelskie tempo ilustrują bluźniercze do granic możliwości słowa. Umówmy się, że tych, których mogłyby szokować raczej nie obejdą, bo po prostu do nich nie trafią. Koncept satanic death metalu jest utrzymany i to jest tutaj najważniejsze. Sesje zdjęciowe to klasyka. Pieszczochy, pasy z nabojami, a na koszulkach Sodom, Angelcorpse i Hellhammer. Słuchając muzyki i czytając wywiady nie ma się odrobiny wątpliwości, że twórczość Azarath jest w 100 procentach szczera.

Diabelscy, Bezbożni, Źli (fot. last.fm)


Bycie true w środowisku death metalowym nie jest łatwe. Wyobrażam sobie ilu prawdziwków krzywiło się już w momencie, kiedy słyszało niepozorne gitarowe dźwięki intra. Kiedy pojedyncze szarpnięcia strun przeszły w typowy dla Azarath opętańczy taniec dźwięków, uśmiechy musiały już być na ustach. I z pewnością pozostały do ostatnich sekund. A kończąca album klamrowo sekwencja dźwięków gitary na pewno podobała się już znacznie bardziej.


Bruno nie growluje już w Azarath (fot. last.fm)

Trudno wskazać najlepszy moment tego albumu. To co zwraca uwagę, to fakt, że materiał jest bardzo równy. Właściwie nie trzeba zawracać sobie głowy zmieniającymi się kawałkami, bo całość wyjątkowo spójnie wypada, gdy sączy się z głośników. 32 minuty utrzymane w bardzo szybkim tempie wywołują wrażenie niedosytu. Ale to tylko plus.  Diabolic Impious Evil to album z tych, które wymuszają wciśnięcie klawisz play zaraz po zakończeniu. Pamiętam, jak przy okazji zapoznawania się z Infernal Blasting zastanawiałem się, jakie będą dalsze losy zespołu. Posiadanie w składzie najlepszego polskiego perkusisty metalowego, który na co dzień grywa w wiecznie zapracowanym Behemoth mogła być tylko chwytem marketingowym. Jednak Azarath przetrwał w bardzo mocnym składzie, choć bez roszad się nie obyło. Bardzo dobrze oceniany przeze mnie śpiewający basista Bruno opuścił zespół po nagraniu następcy D.I.E. Zastąpiła go jedna z gwiazd podziemnego ekstremalnego metalu w Polsce, Necrosodom. Azarath ma się dobrze, co pewnie wkrótce udowodnię inną pozytywną recenzją.

środa, 26 września 2012

Na zakupach – klasyka z dodatkiem nowości

Metallica w najmocniejszym składzie
Jak mówiłem, jesienią rozpiera mnie energia. Pojawił się ostatnio cykl Na Fali, teraz pojawia się nowy typ wpisów, w którym będę prezentował kolejne elementy nabywane w celu zagospodarowania regałów. Na razie z płynnością finansową ok, więc jest szansa na częste posty w kategorii, którą nazwałem Na zakupach.

Metallica – Ride the Lightning

Jestem sentymentalnym człowiekiem. Wspomnienia mają dla mnie ogromne znaczenie. Metallica, to dla mnie początek doświadczeń z mocną muzyką. Magiczna niebieska okładka z krzesłem elektrycznym i piorunami na zawsze pozostanie dla mnie ważna. Ostatnio przypomniało mi się, że pierwsze odsłuchy były pozbawione For Whom the Bell Tolls. Po prostu nagrywającemu zbrzydła ogrywana do bólu piosenka.Mój faworyt to nieprzerwanie Fade to Black. W ostatnim czasie kompletuje klasyczne nagrania Hetfielda i spółki. Do pełnej czwórki wielkich albumów brakuje mi w tej chwili tylko debiutu.

Przy okazji polecam świetny wpis z blogu Radiomuzykant, który zwiększył mój apetyt na słuchanie Metalliki.

Body Count – Body Count 

O rapcore'owej ekipie z Los Angeles szykuje większy materiał, więc na razie nie będę się rozpisywał. 22 zł za album genialny, który czaruje od pierwszego słuchania to żadne pieniądze. Ice-T pokazuje konserwatywnemu środowisku fanów metalu jak czarnoskórzy muzycy grają mocną muzykę. Kto nie zna ten trąba! A jako ciekawostkę dodam fakt, że w czasie, kiedy zastanawiałem się z czym ostatecznie wybiorę się w kierunku kasy płyty swoim fanom podpisywał Peja. Ten sam, który na łamach Metal Hammera chwalił się gościnnym występem na koncercie Body Count w USA.

Dream Theater – A Change of Seasons

Do Dreamów wracam co jakiś czas i nigdy nie żałuje. Nie śledziłem uważnie albumów po Train of Thoughts, ale być może przejdę się na ich koncert, kiedy kolejny raz przyjadą do Polski. A lubią nasz kraj bez wątpienia. Zmiana pór roku ilustrowana ich muzyką to na pewno nie jest ich opus magnum, ale mam do tego krążka wielki sentyment. Szczególnie lubię go w wydaniu koncertowym, obowiązkowo z obrazem. Ale o tym pisać się nie da, to trzeba samemu zobaczyć.


Testament – Souls of Black

Testament  wraca na metalowy piedestał. Jest ich pełno w prasie, w linkach wrzucanych na facebookowe ściany. Ostatni album chwali się stadnie, mnie też udzielił się entuzjazm i długo rozmyślałem nad zakupem Dark Roots of Earth. Wygrało jednak skąpstwo i chęć odkurzenia klasyki. Na allegro wytropiłem za niecałe 20 zł Souls of Black. Wprawdzie to tylko dodatek do pozycji niżej, ale zakupowi i tak towarzyszyło uczucie spełnionego obowiązku wobec Testamentu.

Andrzej Rudy (fot. cologne-info.de
W ramach internetowych zakupów trafiłem jeszcze na film o Ajaksie Amsterdam, który swego czasu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ajax: Daar hoorden zij engelen zingen, bo o nim mowa, będę wkrótce recenzował na drugim z moich blogów goldoszatni.blogspot.com. Świetny film od środka pokazujący funkcjonowanie amsterdamskiego Ajaksu w kryzysowym momencie, jakim był sezon 1998-1999. Na ekranie zobaczymy przez chwilę m.in. Andrzeja Rudego. Dłużej można oglądać pukającego do drzwi wielkiej kariery Cristiana Chivu. Uważne oczy wypatrzą wśród dzieci z akademii Ajaksu takie nazwiska jak John Goossens, Jeffrey Sarpong czy Gregory van der Wiel.  

Andrzej Pilipiuk  – 2586 kroków

Wreszcie, ostatni element wzbogacający moje regały to książką Andrzeja Pilipiuka, 2586 kroków. Czytałem już sporo tego autora. Zacząłem oczywiście od cyklu o Jakubie Wędrowyczu. Zabawa z tym bohaterem okazała się przednia, zabrałem się za inne książki, ale z różnych powodów musiałem wyhamować. Antologia opowiadań wydana przez Fabrykę Słów w 2012 roku szybko mną zawładnęła. Jest tu wszystko to, co uwielbia się w Pilipiuku. Alternatywne wizje historii, nieszablonowy humor i wartka akcja. Motywem przewijającym się w większości opowiadań jest zaraza. Zarówno w formie potów angielskich w XIX-wiecznej Norwegii, jak i masowych chorób popromiennych w czarnobylskiej Strefie. Następny w kolejce już czeka Szewc z Lichtenrade.

wtorek, 25 września 2012

Spływając z deszczem

Celtic Frost – Monotheist

Publiczność zawsze najlepiej pamięta tych artystów, którzy opuszczają scenę będąc u szczytu sławy. Czasami koniec kariery wymusza śmierć muzyka, nieszczęśliwy wypadek. Czasami decyzja jest świadoma. The Sentenced nagrali nawet pożegnalny album tytułowany pogrzebowym. Jeszcze zanim zacznę rozwodzić się nad przyczynami rozwiązania Celtic Frost muszę przyznać, że pozostawienie albumu Monotheist jako ostatniego słowa, to świetne posunięcie.

Z Celtic Frost nigdy nie było mi po drodze. Najpierw miałem problem ze znikomą przystępnością materiału, później zdecydowanie skoncentrowałem się na eksploracji death metalu. Kiedy wychodził Monotheist byłem całkowicie pochłonięty absorbowaniem najnowszego wydawnictwa zespołu Tool pt. 10 000 days. Materiał Szwajcarów słyszałem raz, może dwa, ale nie rzucił mnie wtedy na kolana. Jak zwykle w wypadku kiedy płyta jest powszechnie chwalona mój gust muzyczny aktywował mechanizm obronny. Dopiero 6 lat po wydaniu piątego krążka Celtic Frost zagościł na dłużej w moim odtwarzaczu.

Dziś, z perspektywy czasu, mogę z całą pewnością uznać Monotheist za genialny album. To Mega Therion i Into the Pandemonium wniosły sporo do rozwoju ekstremalnej muzyki, od black przez death aż po gotyk. Na Monotheist jest styl wypracowany przez lata plus widoczne gołym okiem inspiracje. Słyszę tu Swans, Killing Joke, a w niektórych momentach nawet Tool.

Utworem, któremu należałoby poświęcić nieco więcej miejsca jest ObscuredMój faworyt urzeka hipnotycznym motywem gitary wzmocnionym głębokim, chłodnym wokalem, który przywodzi na myśl trochę Davida Bowiego, ale przede wszystkim lidera Sisters of Mercy Andrew Eldritcha. Warriora w tym kawałku wspomaga śpiewem znana z późniejszej współpracy z Triptykonem Simone Vollenweider.

No, no, no, no
And I think that I'm all alone.
I can feel the rain pull me down again.
No, no, no, no
And I know that I have no home.
I can feel the pain take a hold again.


Celtic Frost, Obscured

Album jest zakończony tryptykiem składającym się z części zatytułowanych Totengott, Synagoga Satanae i Winter (Requiem, Chapter Three: Finale). Pierwsza ma klimat dokonań Limbonic Art. Diaboliczna atmosfera i opętana recytacja w stylu Golluma. W drugiej gościnnie głosu udzielili Satyr i Peter Tägtgren. Trzecia część tryptyku to jak tytuł wskazuje pożegnanie. Requiem dla Celtic Frost. Pożegnanie godne mistrzów. Przyczyny rozstania w ogóle nie powinny nas interesować.

sobota, 22 września 2012

Wystrzeleni w kosmos

Pestilence – Spheres

Rozróżnianie gatunków muzycznych to domena dziennikarzy. Określanie sztucznych granic, które bardzo łatwo akceptują fani. Z jednej strony jest to pomocne przy wstępnej charakterystyce zespołu, z drugiej ogranicza twórcę i wywołuję nieporozumienia. Jak przeciętny, średnio wprowadzony w tematykę słuchacz zrozumie, że pierwszy i ostatni album zespołu Behemoth to według Nergala ten sam black metal? Podobnie jest z holenderskim Pestilence, ekipa wiązana z nurtem deathmetalowym, ale swoją twórczością zdecydowanie przekraczającą wszelkie granice.

Pamiętam do dziś pierwsze zetknięcie z Mamelim i spółką. To było w którymś z numerów Metal Hammera pewnie jeszcze z 2003 roku. Obszerny materiał prezentujący twórczość Holendrów napisał bodajże Arek Lerch. Nie znałem wtedy jeszcze ich muzyki, ale już wiedziałem, że są duże szanse na to, że będę ich fanem. Krótka charakterystyka na łamach muzycznego miesięcznika wystarczyła, żebym połknął bakcyla. Techniczy death metal z kosmicznymi, jazzowymi wstawkami. To musiało być interesujące... I było.

Zacząłem właśnie od Spheres, czyli krążka z jednej strony bardzo reprezentacyjnego dla eksperymentalnego wydania Pestilence, z drugiej najbardziej nielubianego przez metalowych ortodoksów. Nie śledziłem muzycznej ewolucji ekipy dowodzonej przez Mameliego, dlatego początkowo nie zdawałem sobie sprawy z tego, że w momencie premiery album z 1993 roku wywołał kontrowersje. Dopiero długie lata później, kiedy mogłem już uchodzić za osłuchanego twórczością Holendrów, brałem udział w dyskusji, która uświadomiła mi, jak bardzo oddalił się Pestilence od dźwięków, za które kochany był od początku kariery.

Czy zmiana stylu to zdrada ideałów? Czy warto ryzykować oddanie bezgranicznie zakochanych fanów, by wydźwignąć zespół ponad pewien poziom? Po latach można śmiało przyznać, że Mameli nie pomylił się, kiedy po dwóch pierwszych albumach zmienił drastycznie kurs. To, że po reaktywacji zespołu w 2008 roku zbliża się raczej do pierwszych dwóch krążków ze swojej dyskografii nie ma znaczenia, bo siłę i moc Pestilence definiują albumy trzeci i czwarty.


Na Spheres nie było, podobnie jak na poprzednim krążku, zapadającego w pamięć charakterystycznego growlu Martina van Drunena. Wokalista, który po nagraniu Consuming Impulse opuścił Pestilence i dołączył do Asphyx odpoczywał wtedy od mocnego grania. W wywiadzie dla 7G wspominał o tym, że poświęcił się pracy. Był ponoć kierownikiem magazynu... Mameli jako gardłowy radzi sobie jednak bez zarzutu. Również zapada w pamięć, uniknięto więc wiecznego grzechu zespołów grających technicznie, które wokal sprowadzają zazwyczaj do funkcji wypełniacza.

Album atakuje nas agresywnym wokalem w kawałku Mind Reflections. Połamany riff i zdecydowane uderzenie bębnów zrywają na równe nogi, chociaż już przy niektórych kawałkach w dalszych fragmentach można odsapnąć i się rozluźnić. Niektóre fragmenty Personal Energy spokojnie mogłyby znaleźć się na albumie Alice in Chains. Tak, jak na Testimony of the Ancients materiał zawarty na płycie jest przeplatany krótkimi muzycznymi przerywnikami. Aurian Eyes, Voices from Within i Phileas dają chwile wytchnienia i znakomicie łączą w spójną całość wszystkie utwory. Na poprzednim albumie można było mieć wrażenie, że nie wszystkie fragmenty do siebie pasują. Tutaj całość wydaje się być bardziej przemyślana. W końcu Mameli był już bardziej doświadczony w eksperymentach. Melodia i zaskakujące wstawki przywodzą też na myśl King Crimson. Dlaczego takie porównania miałyby być zarzutem? Czy muzyk deathmetalowy nie może zagrać czegoś więcej niż przesterowanych gitar i blastów? Dziś, patrząc na uznanie, jakie zdobywa kiedyś blackmetalowy Ulver czy deathmetalowy Opeth wiemy, że przede wszystkim liczy się wartość artystyczna. W latach 90. awangarda, której jednym z chorążych był Mameli miała znacznie trudniejsze zadanie.

Recenzja Pestilence – Resurrection Macabre (album wydany 15 lat po Spheres