wtorek, 2 czerwca 2015

Piłowanie metalu!

Metal to muzyka, która paradoksalnie potrafi zyskać na wartości, kiedy gra się ją w ciasnym klubie, gdzie ogłuszający hałas podlany potem wywołuje mrowienie w dupie ciarki na plecach. 29. maja w Boogie Barze w Pile odbyła się impreza Piła do metalu zorganizowana przez bydgoski thrashmetalowy Deathinition. Był alkohol, śmierdzące kible i zajebista muza.


The Rising Storm (fot. Simplyclever Photography)
TRS przyjechał z Obornik i zagrał tak, jak ma w zwyczaju - głośno, wściekle i politycznie niepoprawnie. Były niecenzuralne słowa i niegrzeczna konferansjerka gitarzysty rytmicznego Marcina Gronowskiego, był wściekły, urozmaicony czystym śpiewem wokal Marcina Kaźmierskiego. Chłopaki dopiero zaczynają, ale niektóre ich kompozycje mają potencjał na hity. Light (God Doesn't Exist) czy Born in Storm, mogą spodobać się zarówno miłośnikom death metalu, jak i grania bardziej spod znaku groove. Ze sceny zachęcano do zabawy i po kilku kawałkach ruszyło pogo. Prym wiódł dryblas w katanie z ekranem Carcass, który "w debiucie" zderzył się glanem z twarzą innego tańczącego. Trzeba było na niego uważać, ale nie ma to jak dodatkowa adrenalina. 12. czerwca The Rising Storm powalczy w finałowym koncercie o udział w LuxFeście. Jeżeli im się uda, to będą bronić honoru ekstremalnego metalu na największej poznańskiej imprezie rockowej.


Kolejny zespół, mimo że nie organizował koncertu, pełnił honory gospodarzy. Pilski Dying Spirit zaimponował mi najbardziej dopracowanym brzmieniem, kiedy robiłem rekonesans przed przyjazdem na imprezę. Słychać było wyraźne inspiracje Lamb of God, ale w żadnym wypadku nie mogło to być zarzutem. Najlepiej o wybornej formie pilan świadczył potężny młyn pod sceną. Wyproszony przez publiczność zabrzmiał też cover zespołu Akcent Pszczółka Maja. Występ, pomimo awarii basu już w pierwszym kawałku, zasługiwał na najwyższe oceny. Nie wytrzymałem całości pod sceną, bo robiło się jeszcze goręcej i tłoczniej niż przy występie TRS. Nota bene to właśnie chłopaki z Obornik wiedli prym pod sceną.



Maggoth (fot. metal-archives.com)
Maggoth przyjechali z samego centrum Polski, czyli z Pabianic. Z czterech ekip grających w piątek w Pile mają największy staż, ale głośno zrobiło się o nich stosunkowo niedawno. Odkryłem ich dzięki Perłom Metalu kilka dni przed koncertem i z miejsca mnie kupili. Dimebag Darrell żyje! To była pierwsza myśl po zobaczeniu zespołu na scenie. Grający na gitarze wokalista Austin wygląda jak jego żywy klon. Na scenie działo się dużo. W pewnym momencie zapadła się nawet jedna z desek. Niestety tłumy zniknęły z sali, ale grający się tym w ogóle nie przejmowali. Raz po raz Austin albo basista Grucha zeskakiwali do kilkunastu ludzi słuchających ich gry. Entuzjazm wzbudził cover... Pantery (sic!). Domination zostało odegrane popisowo. Swoją drogą najwięcej mojej uwagi przyciągała gitara prowadząca. Tego nie da się opisać, to trzeba usłyszeć. Po koncercie udało mi się kupić ich debiut System Error. Bez dwóch zdań są moim nowym "ulubionym" zespołem. Ostatni koncert, który tak mnie zachwycił to Oral Fistfuck w lutym w Szczecinie przed Asphyx.


Na końcu na dziurawą już scenę weszli organizatorzy koncertu i gwiazda wieczoru, bydgoscy thrashowcy z Deathinition. Trzeba przyznać, że mają chłopaki dobry PR, bo w internecie o nich pisze się dużo i zazwyczaj pozytywnie. Bez problemu można dotrzeć do ich nagrań. DN mają w dorobku epkę Art of Manipulation z czterema numerami, którą można było zakupić na stosiku z merchem. Była też oldskulowo wydana kaseta, koszulki w różnych kolorach i naszywki. Widać, że myślą o fanach. Akurat z muzyką tego zespołu najmniej mi było po drodze z całego składu Piły do metalu, co nie znaczy, że mi się nie podobało. Publiczność już mocno przetrzebiło zmęczenie i alkohol, ale nie zabrakło wiernych pogujących w pierwszej linii pod sceną. Widać było, że granie koncertów to dla ekipy z Bydgoszczy nie pierwszyzna. Udanym dodatkiem do autorskiego setu był cover Kata Zawieszony sznur. Już w niedzielę 7. czerwca DN zagra przed Elm Street i Hybris U Bazyla w Poznaniu. Komu thrash miły niech przybywa. Na pewno zabrzmi ich hitowy utwór Pozer Song.



Mimo że impreza przeciągnęła się w czasie mocniej niż planowałem, a czekał mnie jeszcze przejazd 100 km do Poznania z klejącymi oczami, to nie żałuję przyjazdu do Boogie Baru. Ciekawe, klimatyczne miejsce plus porcja solidnego metalowego łojenia w czterech różnych wydaniach. Takie masakrowanie narządów słuchowych lubię najbardziej.

poniedziałek, 30 marca 2015

Nieśmiertelne podziemie

Vital Remains – Forever Underground

Pierwszym skojarzeniem, jakie mam z zespołem Vital Remains są bardzo długie utwory. Drugim tandem Suzuki – Lazaro. Trzecim wirtuozeria instrumentalna. Techniczny death metal polany blackowym sosem trafił do mnie stosunkowo późno, bo dopiero przy premierze Dechristianize. Długo nie sięgałem po nic innego, sądząc, że to ich opus magnum. Gdzieniegdzie trafiałem na opinie, że równie dobre jest Dawn with Apocalypse. Jak zwykle, przekornie, napiszę o innym albumie, zresztą moim ulubionym tej kapeli. Forever Underground to część mojej zimnaej trójcy. Jeden z trzech albumów, (obok Thelemy.6 i Monotheist) od których w całości wieje wielkim chłodem. Właśnie takim, jaki uwielbiam.

Album zakupiłem podczas koncertu Hate w poznańskim Blue Nocie. To musiał być 2012 rok, bo supportująca zespół Adama Pierwszego Grzesznika Antigama promowała wówczas epkę Stop The Chaos. Grały jeszcze dwa poznańskie bandy: nieistniejący już Theriotes i Anthem, którego debiut z 2014 roku niedługo zostanie tu opisany. 

Zaczyna się zaskakująco. Po podniosłej zagrywce w otwarciu rusza rytm, który kojarzy mi się ze wszystkim, tylko nie z amerykańskim death metalem. Gra gitar raczej przywołuje skojarzenia ze starą szkołą thrashu, ale to tylko chwilowy dysonans. Kiedy wchodzi wokal, utwór tytułowy na powrót staje się death metalem wysokiej klasy. Wizytówką albumu. O growlu na Forever Underground trzeba w tym miejscu napisać więcej. Przy mikrofonie stoi tym razem Joe Lewis, basista z dwóch pierwszych albumów Vital Remains, Na kolejnym krążku został zastąpiony przez Thorna, a sam znów chwycił za cztery struny. Moim zdaniem jego dyspozycja na trzecim długograju ekipy z Rhode Island jest wyborna. Na pewno na długo w pamięci zostaje też prawie dziesięciominutowy I am God. Początek w stylu Morbid Angel z debiutu, a potem kult w czystej postaci. Death metalowy hymn. Nieco dłuższy niż Death Metal Possessed, ale wybrzydzać nie będę.



Trzeba mieć talent kompozytorski, by robiąc tak długie utwory nie zanudzić słuchającego. Sześć numerów w niecałe 43 minuty to naprawdę sporo, biorąc pod uwagę fakt, że nie tworzy się według schematu zwrotka-refren powtarzanego w nieskończoność. Cały czas próbuję się przekonać do zakupionego ostatnio i chwalonego na prawo i lewo Embrional. Tam brakuje właśnie tego czegoś, co na każdym albumie ma Vital Remains. Tutaj nie trzeba szukać lepszych momentów, by znaleźć punkt zaczepienia. Słuchacz trzyma się mocno muzyki Amerykanów od początku do końca.

Vital Remains dzięki współpracy z Glenem Bentonem zbliżyło się na pewien czas do pierwszej ligi światowego death metalu, choć trudno tu mówić o mainstreamie muzyki śmierci w ścisłym tego słowa znaczeniu. Myślę, że czas pokazał, że ten zespół swoje miejsce ma jednak w podziemiu. Kult jakim cieszy się wśród fanów to potwierdza. Czekam na okazję, żeby zobaczyć ich na żywo.

poniedziałek, 23 marca 2015

Późne objawienie

Vader – Revelations


Vader to zespół-firma. Wydaje płyty z zadziwiającą regularnością i co najważniejsze nie nagrał jeszcze czegoś, za co mógłby się wstydzić. W stosunku do Vadera od zawsze wydaje mi się, że nie do końca należycie ich znam. Miałem kilka chwil, kiedy słuchałem olsztyńskiego zespołu nieco więcej niż tylko przy okazji wydawania kolejnych albumów. Miałem okazję być na koncercie, kiedy na jednym z Blitzkriegów grali razem z Mardukiem. W ramach niespodzianki trafiłem też kiedyś na spotkanie dla fanów zorganizowane w poznańskim Empiku. Wyszedłem stamtąd z podpisanym przez ówczesnych członków zespołu (Peter, Novy, Daray, Mauser) plakatem promującym DVD And Blood Was Shed in Warsaw

Revelations był nie tylko pierwszym albumem Vadera z jakim zetknąłem się bliżej, ale w ogóle jednym z pierwszych krążków death metalowych, jakie dane mi było usłyszeć. To było jeszcze przed czasami, kiedy pokochałem Death i zacząłem chłonąć wszystko, co z Florydy. Z Revelations zetknąłem się krótko po moim pierwszym razie z ekstremalnym metalem, czyli po starciu z kupionym w ciemno Metal Boksem Metal Mindu. Dwa (a właściwie trzy), dość przypadkowo zestawione albumy Sepultury miały mnie przekonać do ostrych brzmień. Roots miało dużo łatwiejsze zadanie niż Bestial Devastations i Morbid Visions. Po pierwsze kusił pięknie wykonanym digipackiem. Po drugie, nie oszukując się, muzyka z Korzeni była dużo bardziej przystępna dla nieprzyzwyczajonego do śmierć metalu słuchacza niż pierwsze dwa krążki Brazylijczyków.

Vader jest paradoksalnie bardziej przystępny przez ten charakterystyczny, stosunkowo czytelny wokal Petera. Im dłużej słucha się gry Olsztynian, tym bardziej wyraźnie czuć głębokie zakorzenienie w tradycji thrashowej. Na początku XXI wieku siłą Vadera nadal pozostawał niepowtarzalny perkusista. Jego problemy z uzależnieniami były już wtedy w środowisku tajemnicą poliszynela. Revelations okazał się ostatnim albumem wydanym z Docentem za garami. Był jeszcze minialbum Blood i muzyk-narkoman wyleciał z zespołu. Na The Beast bębnił już Daray.
Angel of  Death nie zmieścił się na Revelations


Gdybym dzisiaj miał podać najlepszy skład Vadera to ten z Revelations na pewno byłby wysoko w rankingu. Wprawdzie Mauser nie miał tu jeszcze swobody przy komponowaniu, jak w późniejszych czasach, ale na scenie prezentował się znakomicie, podobnie jak długowłosy basista z szaleństwem w oczach Saimon (gdzieś mam nawet fotkę z nim zrobioną na Przystanku Woodstock w tzw. Wiosce Huntera).

Revelations to Vader w wysokiej formie, Vader typowy, prezentujący swoje szybkie, nieskomplikowane oblicze z jednej strony (Torch of War), a z drugiej atakujący mieszającymi rytmami i diabelskimi zwolnieniami (When Darkness Calls). Nie jest to tak szybkie, jak Litany, nie jest tak jednowymiarowe, jak De Profundis, ani przez moment nie jest też kiczowato i chwytliwie, jak na The BeastNajsmaczniejszy kąsek Peter zostawił na sam koniec. Revelation of Black Moses to siedmiominutowy walec, który podsumowuje to, co działo się na całym albumie. Warto wspomnieć, że gościnie na płycie pojawili się klawiszowiec Lux Occulty Ureck i Nergal, który kilka miesięcy później wydał z Behemothem świetnie przyjęty krążek Zos Kia Cultus.

34 minuty tego albumu mogą być z perspektywy czasu ocenione jako wspaniały przewodnik po muzyce tworzonej przez ekipę Petera. Marka Vadera w świecie jest już wyrobiona, kto nie zdążył się zapoznać może zacząć od Revelations. Bo najlepsze moim zdaniem wydawnictwa olsztynian, czyli De Profundis i Litany nie przedstawią całego arsenału jakim dysponuje armia Petera. Inny pomysł to sięgnięcie po książkę Jarka Szubrychta, Vader. Wojna totalna. O niej mam zamiar napisać już wkrótce.
Vader w bardzo mocnym składzie

niedziela, 22 marca 2015

Zaszyć się i zapić!

Odraza – Esperalem tkane

Z wiekiem doświadczenie podświadomie każe unikać marketingowych zagrywek i sztucznych zachwytów wywoływanych w celach komercyjnych. Dlatego sporo czasu minęło zanim zająłem się odsłuchem chwalonego z każdej strony debiutu Odrazy. Nie mogłem w nieskończoność odsuwać czegoś, co było nieuniknione. Tytuł albumu wraz ze wzbudzającą wymioty okładką sugerowały, że to nie byle co. 

Pierwszy raz piszę recenzję przy pierwszym odsłuchu. Zazwyczaj zajmuję się ocenianiem materiału, który znam na wylot, po co najmniej kilkunastu próbach zmierzenia się z całością. W przypadku odrazy pierwsze nuty dały impuls. Początkowe dźwięki pokazują, że recenzenci nie wciskają picu na wodę. Odraza to zdecydowanie najlepszy debiutant 2014 roku. Stawrogina i Priesta można słuchać w robiącym karierę na polskiej scenie blackowej MasseMord. 

Pisałem już na tym blogu o albumie cuchnącym na kilometr wódką i rzygowinami. Stillbornowi klimat udało się wywołać bez bezpośrednich odwołań, na Esperalem tkanych nawiązania są dużo bardziej dosłowne. Przede wszystkim kapitalne są teksty, wszystkie napisane w języku polskim. Wokal, mimo że wściekły i dynamiczny, wcale nie jest nieczytelny i żeby dotrzeć do warstwy werbalnej wcale nie trzeba sięgać po booklet. Intensywnie jest od samego początku. Niech się dzieje z rytmem wybijanym na werblu przywołał w mojej pamięci odległy już o ponad dziesięć lat debiut Vesanii słuchany namiętnie w liceum. W tekście pojawia się cytat z Kazimierza Przerwy-Tetmajera, a konkretnie z Eviva l'arte! Highlightem albumu jest opatrzony drugim numerem Wielki Mizogin:

Rdzawy świt
Estrogenem szyte sny
Cierpki rum
Lepki brzuch - Monotonia
Wielki grat
Mokry bat
Śmiech za strach
Wapno, piach - Monotonia

Następny w kolejce Esperalem Tkany zaczyna się spokojnie. Dużo się w nim dzieje, przez ponad dziesięć minut mamy przyspieszenia i zwolnienia, niczym w pijackim widzie środki wyrazu mają tutaj wyjątkowo dużą amplitudę. Najbardziej złe, agresywne i typowo blackowe są dla mnie Gorycz i Próg. Poprzedza je instrumentalna miniatura pt. Cicha 8. Wsłuchajcie się w zwolnienie w kawałku numer pięć. Też słyszycie to w tle?

Tam gdzie nas nie spotkamy, ostatni utwór albumu pozornie zupełnie nie koresponduje z obrazkiem zdobiącym płytę. Zaczyna się gitarowym motywem, który spokojnie mógłby być skomponowany przez Neurosis czy daleko nie szukając Tides From Nebula. Ciekawie pracują stopy, dwie ścieżki gitar długo wymieniają dźwięki budując raczej ciepłe, dające nadzieję myśli. Tekst deklamowany przez Stawrogina pozostawia wiele niewiadomych. Czuć w tym zdecydowanie awangardowy powiew, ale nie taki z aromatami wystylizowanych wąsów i modnych ubrań.

Tam, gdzie nas nie spotkamy
Nie z “popiołu” dziś, lecz z “woli” jutro;
Tam, gdzie nas nie spotkamy
Noc nie kończy się nocą, lecz dzień dniem zaczyna;
Tam, gdzie nas nie spotkamy
Melancholia się nami nie nażre;
Tam, gdzie nas nie spotkamy
Z bruku podniosła się chęć i roztarła miasto.

Polski black metal staje się po death metalu z lat 90. staje się poważną siłą, marką na światowej scenie. Trudno mówić tu o towarze eksportowym, bo jednak black metal w prymitywnym, kaleczącym psychikę wydaniu nigdy nie stanie się dobrem komercyjnym. Obok Furii, Morowego i MasseMord pojawia się nowa wyśmienita załoga z Krakowa. Raczej nie konkurent, bo czytając wypowiedzi Priesta i Stawrogina można odnieść wrażenie, że kariera Odrazy nie zakłada wyścigu po sukces. Może skończy się już po pierwszym albumie?

czwartek, 12 marca 2015

Death metal to ból – Asphyx w Szczecinie

W odstępie nieco większym niż dwa miesiące było mi dane obejrzeć dwóch wybitnych i jednocześnie biegunowo odległych od siebie wokalistów światowej sceny death metalowej. Najpierw Glen Benton, ryczący niczym bestia, za którym już zawsze będzie chodzić opinia naczelnego satanisty florydzkiej sceny. Później Martin van Drunen, który w odróżnieniu od wokalisty Deicide ciągle pozostaje w metalowym undergroundzie. Mimo że cieszy się olbrzymim szacunkiem wśród kumatych fanów, idę o zakład, że ciągle jest wielu, którzy kojarzą go tylko z początków Pestilence, albo o zgrozo nie znają w ogóle. Wreszcie ostatniego dnia lutego, po wyprawie do Szczecina spełniłem marzenie i usłyszałem mojego ulubionego growlującego w ekstremalnym metalu. 

Na początku supporty. Dawno nie byłem na koncercie, na którym tak dłużyłyby mi się rozgrzewające bandy. Na pierwszy ogień poszedł łódzki Hybris. Choć było słychać, że panowie starają się ile mają sił, choć niektóre zagrywki były bardzo zaawansowane technicznie (zwłaszcza bas), to całość była: a) brzmiąca bardzo nieczytelnie; b) diabelnie nużąca. Na pocieszenie dla przybyłych z centralnej Polski muzyków muszę napisać, że grający tuż przed gwiazdą wieczoru Thunderwar był dużo gorszy. Od pierwszych dźwięków intra czułem, że to nie zagra. Irytująco przydługi wstęp, problemy ze zgraniem w pierwszych kawałkach i przede wszystkim torturująca nudą, przewidywalnością i brakiem oryginalności muzyka. A wszystko okraszone beznadziejnie kiczowatą konferansjerką. Nie martwcie się chłopaki. Na pewno dam wam jeszcze szansę. Żal po dwóch słabych supportach tym większy, że początkowo awizowany był występ Embrional. Na pamiątkę ze Szczecina przywiozłem nowy album tego ostatniego zespołu. Zapewne niedługo go tutaj opiszę bo zbiera same pochlebne recenzje.

Pierwszym jasnym punktem sobotniego show w Domu Kultury Słowianin był występ szwajcarskiego Oral Fistfuck. Chociażby ze względu na powalającą nazwę zespołowi warto było się przyjrzeć bliżej. Zdecydowanie największym atutem grającego brutal death bandu jest wokalista. Świniaki wypluwane przez niego do mikrofonu, plus szaleńcze zachowanie ewidentnie porwały widownię. Reszta składu również dawała radę. Basista z zielonymi strunami i hipsterski gitarzysta z wąsami zakręconymi a la Nergal zapewne nie tylko przeze mnie zostaną zapamiętani dłużej. Ciekawe kompozycje, występ na plus. Na pewno nie raz poszukam jeszcze ich muzyki.
Asphyx AD 2015 (fot. metal-archives.com)

Nieco po 22 na scenie pojawił się kwartet z Oldenzaal. Mimo że z góry zapowiadana była konieczna próba dźwięku, niektórzy myśleli, że zespół zaczyna już grać. Niecodzienna praktyka nie przez wszystkich została przyjęta ze zrozumieniem. Pojawiły się nawet pojedyncze gwizdy. Wreszcie zaczęli. Na początek tradycyjnie The Quest of Ignorance czyli intro z pierwszego albumu, The Rack. Tak jak można było się spodziewać dominowały kawałki z dwóch pierwszych i dwóch ostatnich albumów. Problemy z brzmieniem zaczęły być irytujące przy We Doom You To Death. Prawdopodobnie sprzężenia dźwięku powodował mikrofon van Drunena, który upadł mu w początkowej fazie koncertu. Dzwonienie w uszach momentami irytowało, ale wokalista skwitował to krótkim stwierdzeniem "death metal to ból i cierpienie". Ten i wcześniejszy komunikat informujący, że to nie jest muzyka dla homoseksualistów były jak miód na zbolałe uszy publiki. Gdy zbliżał się koniec van Drunen zażartował, że w tym momencie zespół powinien zejść, by za chwilę wrócić na bisy. Tym razem obyło się bez tego, bo Holender poprosił szczecińską publiczność, żeby sobie to wszystko wyobraziła, bo szkoda mu czasu. Było wszystko to, czego się spodziewałem, a dokładnie co sprawdziłem na setlist.fm. A dodatkowo pojawił się jeszcze Minefield, totalny killer, którego powinno się słuchać na kolanach, z głową opartą o pień.

Ostatni rok upłynął mi pod znakiem holenderskiego death metalu. Pestilence, Asphyx, Hail of Bullets, Sinister i Gorefest długo okupowały mój odtwarzacz. Przebrnąłem przez setki utworów, dziesiątki albumów, przeczytałem kilkanaście wywiadów. Właśnie z lektury rozmów z gardłowym Asphyx wywnioskowałem, że nie da się go nie lubić. Blondwłosy Holender ma ogromną charyzmę, w dodatku gołym okiem widać, że na graniu koncertów zjadł zęby. Ma do siebie dystans, ale przy tym nie boi się jasno wyrażać swoich poglądów. Poszukajcie np. opinii o drodze, którą poszedł Pestilence po jego odejściu. Może właśnie dzięki temu, że Holendrzy nie muszą udawać, nie było ani trochę sztampowo.

Kilka dni po koncercie doszły mnie słuchy, że cudem odratowano pijaną dziewczynę, która zaliczyła ciężki alkoholowy nokaut już przy pierwszym supporcie. Ponoć ma 16 lat i próbowała wygrać jakiś zakład. Coś chyba jest w tym, że na koncertach mam szczęście do ekstremalnych zachowań. Na Behemocie zamroczony facet robił pod siebie i uciekało mu nogawką. Na Death to All jakiś metal ze starej szkoły kazał mi rozpinać rozporek bo wyszło, że wiem kto to Danzig. A teraz przy moim stoliku zapijała się nastolatka. Strach pomyśleć co będzie następne.

KNEEL! YOU'RE DOGS!

środa, 12 listopada 2014

Roots Death Metal

Asphyx - Enter The Domain

Przypomniała mi się ostatnio dyskusja na temat prymitywizmu w muzyce. Zaczęło się od pokłonów bitych w stronę Iron Maiden przez jednego z moich znajomych. Nie mam nic przeciwko Brytyjczykom, przeciwnie, bardzo ich lubię i szanuję. Rozmowa dotyczyła innego spojrzenia na wartość muzyki. Moim celem było uzmysłowienie rozmówcy, że niekoniecznie biegłość w grze na instrumencie jest wyznacznikiem poziomu artystycznego. Rzuciłem skrajny pomysł Norwegów z Darkthrone i porównałem ich muzykę do obrazów Jacksona Pollocka (polecam film o nim z Edem Harrisem w roli głównej). Zostałem wyśmiany, ale to akurat u pana wszystkowiedzącego był standard w dyskusji.

Prymitywne, nieskomplikowane brzmienia towarzyszą mi w ostatnim czasie. Cały czas działa sentyment pierwszego starcia z surowym growlem w postaci Morbid Visions Sepultury. Przez odtwarzacz przewijał mi się też ostatnio Slashing Death i Imperator. Te dźwięki utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że do szczęścia nie trzeba mi świetnej produkcji i selektywnego brzmienia. Wystarczy mi przesterowana gitara, dudniący bas oraz szybki i wcale niekoniecznie równo grająca perkusja. 

Internet umożliwia odkopanie właściwie każdej demówki, jaka została wydana. Do tej pory ignorowałem takie materiały. Mój punkt widzenia zmienił się po przeczytaniu genialnej książki Daniela Ekerotha Szwedzki death metal. Nie mam prawa pamiętać czasów handlu demówkami, ale opis tape tradingu w Skandynawii pozwolił mi wczuć się klimat sceny w jej pierwszych dniach. Kiedy już mnie chwyciło, to zacząłem przesłuchiwanie. Najpierw był But Life Goes On Entombed, później demówki Dismember, Pestilence i Asphyx. Ostatnio sięgnąłem do nawet do omijanych przeze mnie wcześniej taśm demo ukochanego zespołu Death. Niestety akurat w przypadku zespołu z Florydy jakość nagrań jest wyjątkowo kiepska.

Drugie demo Asphyx, Enter The Domain, zostało wydane w 1988 roku. Pierwszy materiał, Carnage Remains, składał się tylko z dwóch instrumentalnych kompozycji. Dwójka Holendrów to zdecydowanie najkrótszy materiał jaki przyszło mi tutaj recenzować. Intro o klimacie rodem z horroru i 3 death-doomowe wałki robią jednak wielką robotę. Nieco ponad 12 minut mrocznych dźwięków to wystarczający materiał by pokazać potencjał drzemiący w zespole. Teksty nie powalają, ale jeśli zerkniemy na późniejszy dorobek Asphyx, kiedy grafomańskie liryki tworzył kolejny wokalista, Theo Loomans, to nie możemy narzekać. Mówiąc krótko, teksty mieszczą się w deathmetalowej konwencji.

Thoughts of an atheist
Aversion for your failed gods
Thought of an atheist
Religion has bloody thorns

Asphyx na tym materiale nie straszy wokalem Martina van Drunena, który do grupy dołączył później, w 1990 roku, kiedy odszedł ze święcącego triumfy na światowej scenie Pestilence. Na Enter The Domain gardłowym jest jeden z założycieli grupy, Christian Colli. W międzyczasie przez grupę przewinął się jeszcze jeden wokalista, wspomniany wyżej Loomans. Śpiew Colliego jest stylowy. Trudny do rozczytania, niski, gardłowy growl. To nie to samo, co opętane krzyki obecnego wokalisty Asphyx, ale na pewno wokal nie jest słabym punktem tego materiału. W dodatku Colli gra na basie, co u van Drunena już akurat nie było nigdy atutem. Pierwsza demówka Asphyx nie ma w sobie wiele oryginalności czy przebojowości. W 1988 roku takie taśmy po prostu zalały świat, bo ludzie oszaleli na punkcie death metalu. Materiał emanuje jednak autentycznymi emocjami i energią, z którą tak bardzo kojarzy się współczesny Asphyx. Po 27 latach od założenia zespołu widać, że banda z Oldenzaal nie była pozerską ekipą, która podłapała się pod modę. Cytując wokalistę Asphyx z ostatniego krążka:

This is True Death Metal Bastards!



W przypadku Asphyx, biorąc pod uwagę częste zmiany w składzie trudno mówić o rozwoju. Trafniej będzie stwierdzić, że styl gry ewoluował przez lata. Asphyx ciągle gra niezbyt skomplikowanie, ale jest silnym punktem na deathmetalowej mapie Europy. Niedawno przez przypadek dowiedziałem się, że Holendrzy przyjeżdżają w lutym do Szczecina. Już wiem, że muszę tam być! Niestety w tym roku zespół opuścił Bob Baghus, czyli ostatni oryginalny członek składu. Razem z innym był muzykiem Asphyx, Erikiem Danielsem, nagrał drugą płytę z zespołem Soulburn, który został założony, kiedy zawieszony był jego macierzysty zespół. 

Bob Baghus opuścił właśnie Asphyx (fot. metalnews.de)

poniedziałek, 10 listopada 2014

Uwięziony w narożniku

Death - Individual Thought Patterns

Był czas, że dźwięki tworzone przez Chucka Schuldinera wypełniały mi dzień, tydzień, miesiąc, nawet lata. Właściwie całe liceum słuchałem na okrągło pięciu albumów Death (wszystkich oprócz wtedy za surowego  dla mnie debiutu i niezrozumiałego Spiritual Healing). Przeżyłem też atak na siebie z powodu bluzy z okładką Individual Thought Patterns. Sporo starszy przedstawiciel starej gwardii metalowej po prostu nie mógł uwierzyć, że szczeniak z liceum może nosić taką świętość z innego powodu  niż pozerstwo. Ale wyrecytowałem dyskografię i miałem spokój.

Piąty długograj amerykańskiego bandu jest dla mnie szczególny. Chociaż to nie mój ulubiony album Death (na niego jeszcze przyjdzie pora), to zawiera sporo moich osobistych highlightów z dorobku Schuldinera. Jednym z nich jest chociażby Mentally Blind z hipnotyzującymi gitarami i zwolnieniem w refrenie.

From the mentally blind come ideas that are poison
Take away the power and shallow person you will find

Jak zwykle świetny jest utwór pierwszy. Solówka po szybkim minutowym otwarciu Overactive Imagination jeszcze dziś za każdym razem wgniata mnie w fotel. A zaraz mknie genialny In Human Form. Ten utwór klimatem zdecydowanie wpasowałby się w poprzedni album. Ma jednak troszkę bardziej melodyjne gitary. No i Gene Hoglan gra jednak zdecydowanie bardziej metalowo niż Sean Reinert. Do moich absolutnych faworytów dołożyłbym jeszcze Trapped in a Corner. Tu z kolei popis daje perkusista. Uwielbiam wsłuchiwać się w intro, w którym Hoglan na początku pozostaje w cieniu, a później z pomocą DiGiorgio wyprowadza sekcję rytmiczną na pierwszy plan. Liryki Chucka, który dawno uciekł już od tematyki gore sięgają do ludzkiej psychiki. Mizantrop Schuldiner pisze o tym, czym gardzi, co go mierzi, co wzbudza w nim niechęć i powoduje nienawiść.

I want to watch you drown in your lies
The end of your masquerade, a matter of time

Bas słychać zdecydowanie bardziej niż na poprzednim krążku, gdzie DiGiorgio sprawiał wrażenie zagłuszonego przez gitary Chucka Schuldinera i Paula Masvidala. Wielkiego blondasa z Kalifornii teraz jest pełno w każdej kompozycji. Popisem jest zamykający album The Philosopher, w którym bezprogowy bas Steve'a gra znakomite partie solowe. Szukając inspiracji do ćwiczeń gry trzema palcami na czterech strunach odkryłem też, że absolutnie fenomenalna jest linia basu z pierwszego utworu. Wirtuozerskie odtworzenie partii DiGiorgio można zobaczyć na filmiku poniżej. To zdecydowanie najlepszy cover muzyki Death jaki kiedykolwiek udało mi się widzieć. A widziałem ich sporo.


Trudno znaleźć na tym albumie element, do którego można się doczepić. Całość jest zróżnicowania, bo oprócz szaleńczych galopad jak w pierwszym utworze, są też zwolnienia jak w kawałku tytułowym. Do tego kompozycje są zabójczo wręcz przebojowe. Znam wielu fanów Death, którzy uważają, że ITP to opus magnum Schuldinera. Z mojego punktu widzenia na minus jest brzmienie gitar, zbyt klarowne, przypominające produkcję zespołów klasycznie heavy metalowych. Zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu przybrudzona barwa duetu Schuldiner/Masvidal z poprzedniego krążka. Przy okazji przypomniała mi się dyskusja na temat stylu muzycznego reprezentowanego przez Death po Leprosy. Swego czasu twardo broniłem stanowiska, że mimo ewolucji na każdym albumie jest wyraźnie słyszalny death metal. Teraz mam już więcej wątpliwości. O ile jeszcze ITP czy Symbolic są w stanie się wybronić, to ostatnie dzieło Chucka, The Sound of Perseverance jest już bardzo odległe od klasycznie rozumianego metalu śmierci.

Chuck zdecydował się na nakręcenie kolejnego wideoklipu. Tym razem wybór padł na The Philosopher, czyli ostatni utwór na płycie. Co ciekawe nie widać w nim Andy'ego LaRocque, który nie był już wówczas członkiem zespołu. Po charakterystycznej gitarze we włoskich barwach narodowych można szybko rozpoznać Ralpha Santollę. On też nie zagrzał w zespole miejsca. Ale dzięki klipowi miał swoje pięć minut. A zastąpił go mój ulubieniec, Bobby Koelble, którego mam nadzieję zobaczyć w przyszłym roku na trasie z okazji 20-lecia albumu Symbolic.


Na ITP Schuldiner ciągle jeszcze wydawał się poszukiwać. Skład zespołu nie był stabilny, na kolejny album został tylko perkusista. Na Symbolic Death podążył w stronę refleksji nad człowiekiem i chłodnego klimatu kompozycji. ITP to chyba ostatni album Schuldinera, na którym w niektórych utworach słychać autentyczną radość z grania. Później jest już coraz bardziej boleśnie. Ale według mnie muzycznie to jeszcze nie było wszystko na co stać Death.