środa, 5 lutego 2014

Gdy skończy się muzyka

The Doors — Strange Days

Są zespoły, które po prostu trzeba lubić. Trzeba znać, mieć na ich temat zdanie, orientować się w dyskografii, wiedzieć kto w nich grał i na jakim instrumencie. Jeśli się tego nie wie, to nie pomoże tłumaczenie, że to nie ta stylistyka, nie te środki wyrazu, itp. Jest niemal tak, że albo się przyklaśnie chwalącym albo wyjdzie się na dyletanta. Kiedy jest się w liceum i chłonie wszystko, co w muzyce ekstremalne, to wydaje się odrobinę za późno na zaznajomienie z dorobkiem The Doors. Oczywiście, jak każdy odrobinę kojarzący, znało się wtedy Riders on the Storm, a nawet Light My Fire. Poza tym raczej nic do głowy nie przychodziło. Pamiętam zakłopotanie, kiedy tata spojrzał na mnie jak na niespełna rozumu, kiedy przy dźwiękach Wicked Games Chrisa Isaaka spytałem go, czy to śpiewa Morrison... Coś trzeba było z tym zrobić.

Na początku był składak typu The Best Of w mp3. Dość szybko przypadł mi do gustu, bo pamiętam, że wtedy najłatwiej przekonywałem się do typowych przebojów, a tam były tylko takie. Faworytem został utwór People Are Strange. Kolejny etap to pierwszy w całości odsłuchany album. "Znawcy" powiedzieliby, że wybrałem niefortunnie, bo padło na Waiting for the Sun. A ja wcale nie wybierałem. W czasach kiedy nie było wszędobylskiego internetu, i w dodatku kiedy jest się pokolenie prze dziećmi neostrady, załatwianie sobie muzyki było prawdziwym ceremoniałem. Udało mi się dorwać u korepetytorki kasetę z własnoręcznie wykonaną okładką. I wtedy się zaczęło. Love Street, Yes, the River Knows, Spanish Caravan... Ale o tym innym razem.

Kiedy kupowałem pierwszy oryginalny krążek Doorsów zadecydował sentyment do początkowych fascynacji. Kupiłem Strange Days, czyli album zawierający magiczny People Are Strange. Nie pamiętam dzisiaj, czy przed zakupem słyszałem tę płytę w całości. Podejrzewam, że nie. Zagrało od pierwszych dźwięków tytułowej kompozycji. Później utwór, którego nie znałem wcześniej. You're Lost Little Girl z miejsca mnie kupiło. Love Me Two Times to hit z rodzaju tych, które przemawiają do każdego. Blues miesza się tu z rockiem, ale przesłanie jest czysto rockandrollowe. Kochaj mnie dwa razy, dzisiaj odchodzę!

Klimat albumu jest zmienny. Nastrój utworów szybko się zmienia, ale kompozycje są na tak wysokim artystycznym poziomie, że nie przeszkadza to zupełnie. Unhappy Girl brzmi jak pocieszenie i zderza się natychmiast z melorecytacją Jima w Horse Lattitudes. Klimat świruje i zaczynają się akcenty księżycowe. Wykonywany jeszcze przed wydaniem debiutu Doorsów Moonlight Drive to przede wszystkim wyższy poziom abstrakcji w lirykach.

Let's swim out tonight, love
It's our turn to try
Parked beside the ocean
On our moonlight drive

Następne osiem minut mieści aż trzy kawałki. Najpierw smutny Morrison żali się, że ludzie są obcy. Nim się obejrzymy prześwietla oczami podglądacza w My Eyes Have Seen You.

My eyes have seen you
Let them photograph your soul
Memorize your alleys
On an endless roll

Jeszce trzy minuty żali i wyrzutów sumienia w I Can't See Your Face in My Eyes i po raz kolejny album zamyka nastrojowa rozbudowana kompozycja. Tym razem nie jest tak narkotycznie hipnotyczna jak The End z debiutanckiego krążka, ale również ma niepowtarzalny klimat. When the Music's Over trwa 11 minut i pokazuje ogromne umiejętności muzyków The Doors. W tej jednej kompozycji można zaryzykować stwierdzenie, że zdecydowanie wychodzą oni przed Morrisona. 

sobota, 14 grudnia 2013

Sobotni Freestyle cz. 3. Brutalna melancholia

Brutalność czy melancholia?

Po długiej przerwie powraca sobotni freestyle. Zaczynamy od przypadku tzw. przebrutalizowania zespołu. Czyli imponujący krwawo-mięsnymi sesjami zdjęciowymi Watain. Szwedzi nie są mi kompletnie obcy, ale żaden tam ze mnie ich znawca. Orientuje się, że słuchać ich jest trendy, że Nergal się jara, itp. W tym roku Watain wydał piątego już długograja. Recenzje jak na razie bardzo średnie. Mnie zaskoczyło najbardziej złagodzenie brzmienia. The Wild Hunt wszedł mi jak bułeczka z masłem i zbyt wiele nie różnił się pod względem intensywności czy brutalności od nowego Fleshgod Apocalypse. A przecież Włosi to zupełnie inna bajka. Żeby kompletnie nie zaburzyć obrazu Szwedów, tym którzy jeszcze dysonansu poznawczego nie uświadczyli, pokażę ich z tej bardziej typowej strony. Czyli mocny kawałek, do którego powstał klip.


Kolejny kawałek nie będzie miał opisu. Wrzucam go tutaj, chociaż będę go właśnie słuchał po raz pierwszy. A że poleca go sam Kirk Hammet... Carcass ciągle jakoś nie może się do mnie dobrać. Coś mi w nich nie pasuje. Nowy album jest ponoć killerski. Ale kurczę stare niby też, a jakoś ciągle ze mną nie trybią...


Ok, udał się Brytolom ten kawałek. Szkoda tylko, że tak często pokazują na pierwszym planie długowłosego Janusza. W trakcie słuchania Carcass przypomniałem sobie o Belgach z Leng Tch'e. Zresztą nazwa zespołu, wzięta od chińskiej tortury polegającej na stopniowym odcinaniu członków towarzyszył mi ostatnio przy lekturze Karaluchów Jo Nesbo. Swoją drogą polecam. Były norweski piłkarz pisze naprawdę znośne kryminały.



Zwalniamy tempo i wchodzimy w znacznie bardziej melancholijne klimaty. Ukochany Biały Guzik, czyli Bijelo Dugme. Legenda Yu-Rocka po raz kolejny w sobotnim freestylu i znów w składzie z genialnym Alenem Islamoviciem. Evo zakleću se to czwarty utwór na ostatnim albumie grupy pt. Ćiribiribela. Saksofon, klawisze i nadający bujającego rytmu bas. Do tego oszczędne dość wstawki gitary Gorana Bregovicia. Świetny utwór do wyciszenia i rozmyślania. Do tego jeden z wielu teledysków. Ten image. Alen-krótko-z-przodu-długo-z-tyłu-Mój-idol-Islamović!


Pozostając w Jugosławii. Piloti to ponoć legenda tamtejszej sceny. Zetknąłem się z nimi pierwszy raz stosunkowo niedawno oglądając talk show Ivana Ivanovicia. Lider grupy, Kiki Lesendrić, dzielił kanapę z gwiazdą bałkańskiego turbofolku Severiną. Co niektórzy powinni ją kojarzyć ze słynnego filmu. Podpowiem, że nie była w nim ubrana. A od Pilotów mamy usypiającą powoli dzisiejszy freestyle balladę.

wtorek, 26 listopada 2013

Faust w krainie mizantropii


Faust – Misantropic Supremacy

Różnie kończą albumy kupowane w ciemno. Zdarza się, że po kilku odsłuchach lądują na półce i zbierają kurz. Czasem mam więcej cierpliwości i nieco dłużej próbuję się do jakiegoś materiału przekonać. Często zdarza się jednak, że ryzyko się opłaciło, a pieniądze nie zostały wydane na marne. Tak było np. z kupionym w Stambule Cenotaph. Do kategorii udanych eksperymentów na pewno mogę zaliczyć też zakup z 2004 roku. Drugi album wyszkowskiego zespołu Faust, Misantropic Supremacy.

Muzycy znani z Naumachii, czyli Soyak (perkusja), Got (bas), Panzer (gitara i growl) oraz Koshen (klawisze), zostali wsparci przez drugiego gitarzystę Kamana oraz znanego z bydgoskiego Chainsaw, Maxxa. Ten wokal to jedyne podobieństwo do klasycznie heavy metalowego zespołu z województwa kujawsko-pomorskiego. Faust to muzyka grana w znacznie cięższy sposób, a wokalista ma tu wsparcie growlującego Panzera (w booklecie jako PanzerVst).

Album był mocno promowany przez Pagan Records. Faust znalazł się bodajże na okładce ich katalogu. Skusiła mnie ta reklama, w dodatku w licealnych czasach mocno wkręcałem się w melodyjne klimaty. Etykieta bandu łączącego black, death i klasyczny heavy metal od razu mnie przekonała. W dodatku przy odsłuchu okazało się, że w twórczości Fausta słychać też echa Dream Theater, a to właśnie był moment, kiedy ten zespół zaczynał mi się coraz bardziej podobać. Byłem już zaznajomiony z albumem Wrathorn, wydanym w tym samym roku przez Naumachię, więc od początku zawieszałem dla Fausta wysoko poprzeczkę. Okazało się, że to właśnie ta ekipa przypadła mi bardziej do gustu.

Szata graficzna albumu nie powala. Na okładce ewidentny zgrzyt – kiczowata grafika trudna do rozszyfrowania. Booklet nie wiedzieć czemu rozkłada się odwrotnie niż to zwykle bywa. Sesja zdjęciowa z modelką w czarnej bieliźnie może na chwilę przykuć wzrok, ale dopełnia kiczowatego wydźwięku całości. Jako że mogę pochwalić się oryginalnym albumem zakupionym niemalże zaraz po premierze, wiem że Misantropic Supremacy został błędnie opisany na metal-archives, a to raczej nie zdarza się zbyt często.

Długowłosa banda z Wyszkowa
Pierwsze dwa numery na płycie, to absolutna miazga. Do bólu klasyczne, utrzymane w szybkim tempie, z bajecznymi wstawkami gitarowymi i klawiszowymi pokazują, że instrumentalnie zespół stoi na bardzo wysokim poziomie. Wokal to klasa, ale to wiedziałem już po doświadczeniach z Chainsaw. Niestety po świetnym początku pojawia się utwór Blutandrang. Kompozycyjnie jest średnio, nie tak chwytliwie, jak w poprzednich dwóch utworach. W dodatku zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie zastosowanie niemieckich wstawek w tym anglojęzycznym tekście. Przeważający w tym kawałku growl także nie powala. Nadające klimatu całości klawisze zdecydowanie bardziej podobają mi się, gdy są używane w bardziej progmetalowy sposób. Tak właśnie jest w przedostatnim utworze na płycie. Chamber of Fears to hołd dla Dream Theater. Muzycy Fausta przyznają się do tego, pisząc we wkładce, że bazowali na pomyśle Amerykanów. Zresztą w utworze znajduje się bezpośredni cytat z The Glass Prison z albumu Six Degrees of Inner Turbulance. To bez wątpienia kulminacyjny moment na albumie. Właściwie po tym świetnym kawałku mógłby nastać koniec. Niestety...

Jak kwiatek do kożucha pasuje do reszty ostatni na płycie utwór. Cover bytomskiej trashowej załogi Destroyers zatytułowany Noc Królowej Żądzy. Ani nie jest specjalnie oryginalnie zaaranżowany, ani nie przykuwa uwagi jako po prostu ciekawa kompozycja. Najwidoczniej członkowie Fausta postanowili złożyć hołd idolom z młodości na swoim albumie. Szkoda, że akurat to nieudane ewidentnie posunięcie okazało się być pożegnalnym utworem Fausta. Album pokazywał niezły potencjał zespołu, ale Misantropic Supremacy to jak do tej pory ostatni materiał nagrany przez Wyszkowian. Według mnie ciągle broni się doskonale.

Kapitalne otwarcie albumu

wtorek, 19 listopada 2013

Spełniając marzenia – DEATH to All!

Trafiłem na informację o tym wydarzeniu przypadkiem, nawet do końca nie pamiętam, czy była to wzmianka w Teraz Rocku, czy jakiś wtręt reklamowy, na którymś ze śledzonych przeze mnie blogów muzycznych. Zaskoczenie było ogromne, kiedy zacząłem sprawdzać szczegóły. 3/4 składu Death z ukochanego albumu Human mogło oznaczać tylko jedno. Poziom muzyczny będzie stratosferyczny.

Frekwencja dopisała. Po raz kolejny okazało się, że miałem ogromne szczęście. Tym razem udało mi się dostać jeden z ostatnich biletów na wymarzony koncert. Cover band, jak niektórzy z pogardą powiedzą, wyprzedał wszystkie bilety na listopadowy koncert już we wrześniu! Death ostatni album wydał w 1998 roku i w pewnym sensie było to widać po publice. Klub Kwadrat wypełniła w zdecydowanej większości stara gwardia, doskonale pamiętająca początki death metalu, choć zwracały uwagę nowe koszulki Death,.Stare pewnie już nie nadawały się do noszenia.

Supporty okazały się godne wcześniejszego przybycia do klubu. Szwajcarzy z DarkRise nie mieli zbyt dużo czasu na pokazanie się, ale i tak raczej ich występ można ocenić na plus. Brutal death z niskim, głębokim wokalem. Instrumentalnie też dawali radę, choć pod względem techniki dużo bardziej pasował do gwiazdy wieczoru kolejny support, niemiecka Obscura. Kiedy kręcili się po scenie przed występem wyglądali jak zmanierowani hipsterzy. Gdy zaczęli grać negatywy uciekły. Nieco za głośno ustawiony wokal dawał wprawdzie po bębenkach, ale muzyka momentami hipnotyzowała. 

Niekwestionowanym królem sceny był Steve DiGiorgio, basista, który w Death grał na albumach Human i Individual Thought Patterns, znany również z zespołu Sadus i współpracy z Chuckiem Schuldinerem w Control Denied. To on pełnił funkcję frontmana grupy.  nie miał najmniejszych problemów z nawiązaniem kontaktu z publiką, zaskakiwał tym, że swoje łamańce na basie często przeplatał gestami w stronę niesionych na rękach fanów. Ustawiłem się po lewej stronie sceny, żeby lepiej go widzieć, bo nie ukrywam, że właśnie długowłosy blondyn był  od zawsze zaraz po Chucku moim największym muzycznym idolem.

Jak się można było spodziewać dominował repertuar z albumu Human. „Czwórka” Death była reprezentowana przez pięć utworów. Koncert rozpoczął otwierający krążek z 1991 roku Flattening of Emotions. Samotny na scenie Sean Reinert powoli wybijał rytm, aż na scenie pojawiła się reszta składu. Zaciekawił mnie szczególnie Max Phelps, który wyglądał jak młody Chuck. Różnicę było słychać dopiero, gdy wszedł wokal. Zdecydowanie bardziej wpasowywał się w rolę Schuldinera w kawałkach spoza Human. Wizerunkowo do reszty zdecydowanie nie pasował Paul Masvidal, który jednak w koszulce bez rękawów prezentował się najbardziej fit z oryginalnych członków Death. Bezgłówkowa gitara lidera Cynic zgodnie z przewidywaniami dawała radę. Zobaczyć Paula grającego wstęp do Lack of Comprehension... Czego można chcieć więcej? Oczywiście czegoś z ukochanego krążka Symbolic. Zagrany został chyba najbardziej „chwytliwy” z utworów na tym albumie, Crystal Mountain. Tekst pozostał w pamięci, godziny odsłuchiwania zrobiły swoje.

Na bis poleciał Spirit Crusher (totalne szaleństwo mojego 17-letniego brata i zdecydowanie najgłośniej odśpiewany przez salę refren) i wyczekiwany przeze mnie Pull the Plug. W tym pierwszym do mikrofonu z gitarą zaproszono frontmana Obscury, Steffena Kummerera. Kawałek o śmierci klinicznej zamknął koncert, mimo że publiczność domagała się kolejnego bisu. Czwórka Amerykanów pokłoniła się publiczności i stanęła trzymając się za bary przodem do flagi Death zawieszonej za zestawem perkusyjnym. Najbardziej żałowałem w tym momencie, że nie kupiłem biletów na wszystkie trzy występy Death to All w Polsce.


15 listopada czterech muzyków z USA zabrało mnie w sentymentalną podróż. Zdarte gardło, pisk w uszach i bolące nogi, a w domu powrót do odtwarzacza muzyki sprzed 20 lat. Te dźwięki mają ogromną siłę. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że 26-letni facet, który rodził się w momencie debiutu zespołu Schuldinera ma łzy w oczach słuchając jego kompozycji?

Wielki Chuck

czwartek, 7 listopada 2013

Zemsta na ludziach

Cattle Decapitation – Monolith of Inhumanity

Wracają stare dobre czasy, kiedy regularnie rezygnowałem ze snu, żeby posłuchać czegoś co mnie właśnie wciągnęło. Ostatnio sporo tego. Najpierw Ulver i ponowna zajawka na Killing Joke. Aktualnie na fali jest jednak coś innego. Według wielu najlepszy metalowy album 2012 roku. Wegetariański death grind z San Diego czyli Cattle Decapitation.

Ostatni album Amerykanów, zatytułowany Monolith of Inhumanity niektórzy śmią oceniać nawet jako czołowe dzieło death grindowe w historii. Dla kogoś, kto miłuje muzykę śmierci jak siebie samego taka opinia musiała być przynajmniej w minimalnym stopniu zachętą do bliższego przyjrzenia się muzyce. Wcześniej kojarzyłem CD z wywiadów, w których było mnóstwo nawiązań do zabijania i zjadania zwierząt i zapadającej w pamięć okładki do albumu Humanure z 2004 roku.

Zdecydowanie najciekawszym momentem na płycie jest utwór Your Disposal. Na pierwszy plan wśród pozytywów w tej właśnie ścieżce wysuwa się wokal Travisa! Wokalista CD daje tutaj popis prezentując szeroki wybór "głosów" jakimi straszy na całym krążków. Jest trochę czystego śpiewu, który hipnotyzuje w refrenie, ale zdecydowanie to niski brutalny growl stał się moim faworytem. Chwilami kojarzy się z Saurenem vel Pigiem z czasów Decapitated czy pierwszego albumu Masachist.
Travis Ryan (fot. Metal-archives.com)

Właściwie to o metalowych obrońcach praw zwierząt przypomniałem sobie, kiedy przypadkiem trafiłem na link do ich teledysku. Ciekawy był już fakt, że nie można go było obejrzeć na youtube. Do dzisiaj nie obejrzałem go do końca, bo zawiera już na samym początku kilka ujęć miażdżących moją psychikę. Kawałek zatytułowany wymownie Forced Gender Reassignment, odsłuchiwany już bez obrazu naprawdę daje popalić. Niepotrzebne do zachwytów są tu obcinane w klipie penisy, czy zakrwawione tampony, chociaż można się zgodzić, że pasują one do chorego klimatu, który wprowadza tekst o przymusowej zmianie płci, czy raczej pozbawieniu płciowości.

...In order to elude tissue rejection
For 7 days she must avoid erections
Since we grafted glands to make a clitoris
These operations are always hit or miss...

Szokujący klip 

Intensywność materiału nie podlega dyskusji. To nie są dźwięki z gatunków tych, które można w nieskończoność zapętlać w odtwarzaczu. Niestety boleśnie przekonałem się o tym używając ostatniego albumu Cattle Decapitation jako soundtracku podczas półmaratonu. Przygotowywałem się długo, niestety w decydujących momentach nawet strona audio mojego zaplecza sportowego była przeciwko mnie. Zamiast motywującego Unto the Locust grupy Machine Head przyszło mi wylewać pot przy zapętlonym Monolith of Inhumanity. Poszło gorzej niż przypuszczałem, także przez męczący odsłuch bardzo intensywnych dźwięków amerykańskiego zespołu.Ten wydumany nieco minus albumu Cattle Decapitation to jedyny jaki przychodzi mi do głowy.

sobota, 12 października 2013

Wódka w krwi i pyle

Stillborn - Los Asesinos del Sur

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest być kultowym? Jak to jest, że każde spojrzenie wzbudza respekt, każdy gest rodzi naśladowców, a wypowiedź wywołuje aprobatę? Jeżeli ktoś nie jest miłośnikiem metalowego podziemia, to z pewnością nie zrozumie dlaczego etykietę KULT przyznam właśnie temu zespołowi. Bo STILLBORN na pewno na salonach nigdy nie zagości.

Południowi Mordercy to czwarty krążek Stillborn. Czwarty i najbardziej dojrzały. Gdyby jakikolwiek fan ekstremalnej muzyki z zagranicy poprosił mnie o wybranie kilku albumów pokazujących jak to się robi u nas, to z pewnością wskazałbym ten krążek (pewnie obok Death March Fury Masachist i Immerse in Infinity Lost Soul).

Recenzje na metal-archives, które z niewiadomych przyczyn lubię sprawdzać przy pisaniu recenzji, są zaskakująco niskie. Średnia oscylująca wokół 80% nie rzuca na kolana. Ilość recenzji sugeruje jednak, że materiał dotarł do szerszego grona. A to bardzo dobrze, bo Stillborn to nazwa, która spokojnie mogłaby pojawiać się na plakatach firmujących trasy Morbid Angel,  Immolation czy Nile.

Jak mawiają kolesie z Masachist, death metal, kurwa mać! Takie komentarze muszą padać od pierwszych sekund odsłuchu, bo przez dźwięki wydobywające się z kawałka plastiku przemawia szczerość. Tak to już jest, że niektórzy mogą przez wiele lat pracować i w efekcie nie skomponować niczego wartego dłuższego namysłu, a inni napierdalają do przodu i zmuszają do gonienia, bo chwili na zastanowienie po prostu nie ma.

W okolicy połowy krążka ekipa Killera daje słuchaczowi trochę wytchnienia. Blood and Dust rozpoczyna się wolnym, walcowatym wstępem. Wściekły growl daje jednak szybko sygnał do przebudzenia.  Prosty przekaz idealnie pasuje do kawałka, w którym znakomicie budowany jest klimat. Coś na kształt Jesus Saves Slayera. Najpierw zaciekawiające zwolnienie i hipnotyzujący riff, później silny podbródkowy i zbieranie zębów z ziemi.

Blood and Dust Till the very end
we ought to fight/Ingredients of delicious pie
it must be killed what's impossible to fuck
fuck off and die

Blood and Dust, Killer i Ataman Tolovy

Na koniec mały teaser, dla tych, których mój entuzjazm nie przekonał wystarczająco.



wtorek, 1 października 2013

Plamy na Słońcu

Ulver – Shadows of the Sun

Jest muzyka, która sprawdza się na imprezie, a kompletnie zawodzi słuchana w skupieniu. Są albumy, których można słuchać raz na jakiś czas i inne, które uzależniają od pierwszego przesłuchania. Osobną kategorią są dzieła kompletne, genialne. Mogą nie pasować do żadnej z wyżej wymienionych sytuacji. Może brakować słów, by opisać ich zalety, może być niemożliwe, by po prostu je zareklamować. Naturalnie te albumy po prostu tego nie potrzebują... 

The sun is far away
It goes in circles
Someone dies
Someone lives
In pain
It is burning
Into the thin air
Of the nature
Of a culture
On the dark side
Under the moon
The wolves gather

Dwanaście linijek tekstu. Mógłbym wypociny, które nastąpią za chwilę po prostu zastąpić nimi. Oddają klimat i esencję całego albumu Shadows of the Sun. Mrok, smutek i tajemnica zawarta w tekście zderzają się z majestatycznym pięknem muzyki. „ Soundtrackowość” twórczości Ulver nie jest żadną niespodzianką dla znających wcześniejsze dokonania Norwegów. Nie ma bogactwa dźwięków, nie ma solówek, nie ma nadziei, nie ma pozytywów. Jest absolutna magia.

Słuchanie tej muzyki boli. Tak samo jak pisanie tej recenzji. Ulver za pomocą pięknej muzyki wprowadza słuchacza w hipnotyczny stan sprzyjający raczej rachunkowi sumienia niż szczerym uśmiechom. Czasem wydaje mi się, że twórczość Norwegów stanowi dla mnie próbę charakteru. Nie mogę tej muzyki słuchać zbyt często. Wiem, że po początkowym spokoju stopniowo wprowadzany jest niepokój. Cieplejsze barwy słyszane chociażby w Vigil wydają się być użyte tylko po to, by nie zniszczyć słuchacza przed końcem albumu. Po Like Music, które dla mnie ma zawsze coś z klimatu szpitala psychiatrycznego potrzeba dobrego lekarstwa. Pozornie łagodzący atmosferę doskonały cover Black Sabbath, Solitude, ma tak negatywny tekst, że na muzykę przestaje się zwracać uwagę.



Byli blackmetalowcy nagrali muzykę, która ze spokojem mogłaby służyć na salonach za soundtrack do podcinania sobie żył. Nie ma w tym prymitywizmu, za który uwielbiam ciężką odmianę muzyki, nie ma wulgarnej bezpośredniości. Szukam w tym albumie słabych punktów, ale nie jestem ich w stanie znaleźć. Cholera... Sprawdza się nawet do biegania!