piątek, 10 sierpnia 2012

Mój Ursynów

Kerry King na ursynowskiej scenie (fot. Interia.pl)

Wynudzisz się, nie ma niczego ciekawego poza Slayerem - takie głosy żegnały mnie przed wyjazdem do Warszawy na Ursynalia. Nieśmiało z nimi polemizowałem, ale nie zdawałem sobie sprawy, że jadąc z nastawieniem na obejrzenie Slayera, Gojiry i Mastodona wrócę pełen zadowolenia z występów innych ekip i że będę miał trudności z wybraniem tych prezentujących się najlepiej.

Top 5

Luxtorpeda

Na wysoki poziom wykonawstwa dźwignął festiwal jako pierwszy zespół z Poznania, Luxtorpeda. Armia zaciężna Litzy udowodniła, że wysokie oceny ich występów na żywo nie są przesadą. Lider zespołu pokazał co znaczy charyzma. Nie jako pierwszy musiał się zmagać z publiką domagającą się Slayera. Za to jako pierwszy zyskał jej sympatię rozgrzewając się grając m.in. riff z Dead Skin Mask. Była też anegdota o graniu albumu Hell Awaits na... No właśnie, czy ktoś spoza Wielkopolski wie co to blauka? W czasie koncertu nie obyło się bez nerwów, jak to się zdarza przy festiwalowych warunkach zawodził sprzęt. Ale całość na duży plus. Publika czekająca na Slayera potrafiła przyjąć muzykę z chrześcijańskim przesłaniem wyjątkowo pozytywnie.

Slayer

Myślałem, że uwielbiam Slayera, że dobrze go znam i że nie jest już w stanie mnie niczym zaskoczyć. Ale trzeba było zetknięcia z Kalifornijczykami na żywo, by moja sympatia przerodziła się w miłość. Tak mogę to określić, a na pewno potwierdzą to wszyscy moi znajomi, których zadręczałem opowieściami o tym koncercie. W jaki sposób mnie kupili? Prosto, szybko i nie bez bólu.

1. South of Heaven i kompletne szaleństwo. Ciarki na plecach, zdzierane na maksa gardło i podziękowania w duchu dla brata, że namówił mnie na podejście pod samą scenę.
2. World Painted Blood i pierwszy strach o własne zdrowie. Ale jeszcze taki pozytywny, wywołujący bardziej uśmiech na ustach niż trzęsienie nóg.
3. Hate Worldwide i zajebisty, ogromny strach, kiedy nie mogłem się podnieść z ziemi przez dłuższą chwilę. Nie mam pojęcia ile to trwało. Może 20 sekund może minutę, ale na pewno na tyle długo, że wszyscy wokół wstali (bo przewróciło się w jednym momencie kilkadziesiąt osób) i nawet zaczynali skakać. Poczucie, że noga wyginana pod naporem ciał zaraz się złamie. Decyzja o wycofaniu.
4. Mandatory Suicide oglądane już z większego dystansu.
5. Błyskawiczne piwo przy Dead Skin Mask i powrót w bliższą, ale bezpieczną strefę. Gdzie do cholery jest mój 16-letni brat?
6. Angel of Death i najlepszy mosh w moim życiu. Maestria i małe zaskoczenie, że jednak bisu nie będzie. Ale co tam. Tak kończą tylko prawdziwi mistrzowie.


Oedipus

Kompletnie nie miałem pojęcia co to za granie, ale stwierdziliśmy wspólnie z bratem, że zagraniczny zespół to nie może być kompletny chłam. Obaj mile się zaskoczyliśmy, bo popijający Jacka Danielsa śpiewający basista wespół ze wspomagającym go wokalnie gitarzystą i perkusistą rozgrzali do czerwoności warszawską publiczność. Oedipus to zespół dobrze znany na tym festiwalu, bo grał na Ursynaliach rok wcześniej. I choć ich muzyce daleko do odkrywczości, to był miłą odmianą w zdominowanym przez cięższe granie festiwalu.


Illusion

Na Illusion poszedłbym w ciemno praktycznie zawsze. Małą wątpliwość zasiał beznadziejny występ Lipali, ale na szczęście było zgodnie z przewidywaniami. Gdańszczanie zniszczyli, porwali tłum i sprawili, że przypomniałem sobie słowa piosenek, których nie słuchałem od dobrych kilku lat. Zwierzę koncertowe drzemie w tym zespole i wielka szkoda, że tak długo musiała być niewykorzystywana. Mimo małych pomyłek i niepotrzebnie udziwnionej aranżacji jednego czy dwóch utworów, całość była niemal perfekcyjna. Energia bije z tej muzyki i tak jak w przypadku Slayera przechodzi na publiczność natychmiastowo.

I znowu ktoś Ci obił gębę
A ty mówisz: "trudno, jestem słabszy i gorszy"
Ktoś Cie skroił z cashu I pociął Ci kurtkę
 I o mało co nie zruchałby Cię w dupę
Podnieś twarz i zaciśnij pięść
I powiedz mu, że ma przegrane
Podnieś twarz, złap za kołnierz go
W oczy syknij mu: "pieprz się!"
Gdy ty nie uwierzysz w siebie
Nikt nie będzie wierzył
Poczuj w sobie dziką moc
Kochaj kiedy możesz
Ufaj kiedy możesz
Kiedy trzeba pokaż kły


Illusion, Kły

Gojira

Zagraliśmy próbę, wszystko było fajnie, a potem przyszedł taki zespół, który miał dla nas otwierać ten koncert. Support jak support, weszli na scenę z paczkami, zaczęli się ustawiać, ale kiedy zobaczyliśmy pojemnościowe mikrofony przy piecach gitarowych, pojawiły się na nam nad głowami pierwsze znaki zaptania.... Po tej ich próbie wstyd nam było wstawać z miejsc, na których wtedy siedzieliśmy, i nikt się do nikogo pół wieczoru nie odzywał. Zespół nazywał się Gojira.

Tak basista Behemoth, Orion, wspomina swoje pierwsze zetknięcie z Francuzami z Gojiry (cytat ze świetnej biografii zespołu pt. Konkwistadorzy diabła napisanej przez Łukasza Dunaja). Dla mnie koncert czołowego zespołu grającego techniczny death metal był wielką niewiadomą. Zdawałem sobie sprawę ze tego, że świetna produkcja studyjna nie musi przełożyć się na dobre brzmienie koncertowe. Spadające banery reklamowe i problemy dźwiękowe innych zespołów nie napawały optymizmem. Spodziewałem się, że Francuzi będą musieli nadrabiać minami. I... pomyliłem się! Już otwierający show zespołu z Akwitanii Oroborus sprawił, że publiczność została kupiona. Był też smaczek, tytułowy utwór z niewydanego jeszcze wówczas L'Enfant Sauvage. Gojira jest na dobrej drodze do pierwszej ligi światowego metalu.

Na duży plus

Ametria

Widziałem już Ametrię na jednym z Przystanków Woodstock, więc miałem oględne pojęcie o tym, jaką muzykę mogą zaprezentować. Moje wyobrażenie było nieco odmienne. Byli bardziej "sthrashowani" niż mi się wydawało że będą. Nie zagrali Bailando, ale zmusili publiczność do zabawy. Jako pierwsi wywołali większych rozmiarów pogo pod sceną.

Limp Bizkit

Tak jak ja przyjechałem na Slayera, tak znalazłoby się też sporo fanów mocnego grania, których skusił przyjazd do Warszawy Amerykanów z Limp Bizkit. Nie lubię takiego stylu, ale koncert dali naprawdę niezły. Fred zatroszczył się o fanów, którzy mdleli w tłoku pod sceną. Wnerwiające były tylko jego wstawki o tym, że chce się bawić z publicznością tej nocy. No cóż... Jak wcześniej wspomniałem nie ta stylistyka.

Pathifinder

Drugi dzień otwierał zespół z Poznania grający symfoniczny power metal... Nie zapowiadało się ciekawie, obaj z bratem kręciliśmy nosami i niespecjalnie spieszyliśmy się do wyjścia z mieszkania, w którym na czas Ursynaliów stacjonowaliśmy. Opóźnienie z winy organizatorów sprawiło, że jednak obejrzeliśmy poznański zespół od początku do końca. Dwie gitary, bas, perkusja, klawisze i obdarzony ciekawym głosem wokalista mogli się podobać. W końcu kiedyś potrafiłem godzinami słuchać Control Denied...

In Flames

Choćbym nie wiem, jak bym się starał nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa na występ In Flames. Szwedzi z Gothenburga są dla mnie w pewnym sensie symbolem początkowych fascynacji w muzyce metalowej, sporo tekstów ich utworów pamiętałem przed ich sobotnim występem, mimo tego że ich muzyki nie słuchałem od kilku lat. I właśnie tutaj mnie zawiedli... Przez cały koncert rozpoznałem tylko jeden utwór (sic!), nieśmiertelny hicior, wymarzony do rytmicznego podskakiwania "Only for the weak" z albumu "Clayman". Wyjątkowo żałowałem, że nie dotrzymałem postanowień sprzed wyjazdu i nie uzupełniłem wiedzy o In Flames odsłuchem ich dokonań po "człowieku z gliny". Szalało młodsze pokolenie, w tym mój sufler - 16-letni brat, który z ostatnimi dokonaniami Szwedów jest zdecydowanie bardziej zaznajomiony.

Na zero

Bardzo zdziwiło mnie brzmienie Mastodona. Gitar nie dawało się słuchać, perkusja była za bardzo wysunięta, a wokaliści regularnie gubili rytm wchodząc ze śpiewem. W dodatku repertuar był wybitnie niekoncertowy. Rozumiem, że jako album studyjny The Hunter jest niemal idealny, ale jak można nie uraczyć publiczności takim killerami jak Colony of Birchmen, Iron Tusk czy March of the Fire Ants? Mastodon może uczyć się od Slayera jak dobierać repertuar do występu na żywo. Mógłbym umieścić ich w kategorii "rozczarowania", ale nie umiałbym oszukać sam siebie, bo nawet przy tak słabej formie ciary przy Crack the Skye i Blood and Thunder mówią same dla siebie. Słaby występ zespołu grającego nieziemską muzykę.

Dużo większe wymagania miałem również w stosunku do Armii. Szczerze mówiąc nie nauczyłem się niczego po koncercie na Woodstocku, na którym prawie zasnąłem. Muzyka zespołu Tomasza Budzyńskiego nadaje się do słuchania w słuchawkach w długie zimowe wieczory. W słońcu czerwcowego dnia wypadła zdecydowanie bezbarwnie. A szkoda, bo studyjne wydanie tej grupy podoba mi się ostatnio coraz bardziej.

Rozczarowania

Największym niewypałem warszawskiego festiwalu był według mnie zdecydowanie występ Lipali. Jeśli kojarzy się Lipę z Illusion i spodziewa się grania dającego kopa, to można przeżyć duży szok mierząc się z odsłuchem dokonań jego drugiego zespołu. Fatalnie słucha się ich z płyt, na koncertach wcale nie wypadają lepiej. W dodatku Lipie na pewno nie pomagały uszczypliwe uwagi w stronę publiczności skandującej "Slayer, Slayer". 

czwartek, 31 maja 2012

W ludzkiej formie

Death - Human

W październiku minie 21 lat od wydania pierwszej z cyklu kosmicznych płyt największego zespołu metalowego jakiego nosiła ziemia. Czwarty album zespołu z Tampy w ciągu 5 lat od debiutu dał pokaz możliwości jakie drzemały w Chucku Schuldinerze i ludziach, których włączył do jednego z kolejnych wcieleń zespołu.

Kierunek w jakim poszedł Death wraz z wydaniem albumu Spiritual Healing spotkał się ze zróżnicowanymi reakcjami fanów. Ortodoksyjni fani nie akceptowali zmiany proporcji między techniką a brutalnością, a brak akceptacji zaowocował konfliktami w zespole. W efekcie Chuck po raz kolejny został na polu bitwy sam, bo z zespołu zostali usunięci gitarzysta James Murphy, perkusista Bill Andrews i basista Terry Butler. Schuldiner miał znakomitego nosa do odkrywania muzycznych talentów. Sięgnął po muzyków raczkującej jeszcze wtedy lokalnej kapeli Cynic, 20-letniego gitarzystę Paula Masvidala i rok starszego perkusistę Seana Reinerta. Składu dopełnił przybysz z zachodniego wybrzeża, basista Sadus Steve DiGiorgio. Wspomniana trójka wraz z liderem-Chuckiem sformowała najbardziej ekscytujący, obdarzony największym potencjałem i najbardziej nieodżałowany po rozpadzie skład Śmierci.

Jeżeli spojrzałoby się na dorobek członków zespołu w momencie wydania płyty to nie byłby on zbyt okazały. Panowie z Cynic byli właściwie debiutantami na deathmetalowej scenie, a perfekcjonista Schuldiner i DiGiorgio również najlepsze mieli ciągle przed sobą. Osiem kawałków, jakie ostatecznie znalazło się na albumie ozdobionym dwoma bezmięsnymi homo sapiens z perspektywy czasu śmiało można uznać kamieniem milowym w historii ekstremalnej muzyki.

Czym charakteryzuje się muzyka na albumie o krótkim, ale wymownym tytule? Doskonała proporcja techniki i brutalności, maestria wykonawcza, mnóstwo smaczków możliwych do odkrywania przy kolejnych przesłuchaniach płyty. Album nabiera rytmu i rozpędza się wraz z narastającym tempem otwierającego krążek Flattening of Emotions. Kolejny utwór, Suicide Machine to już gra dużo bardziej zdecydowana, w której wspaniale zaakcentowana jest współpraca gitarzystów. Deathmetalowy humanizm jaki uprawiał w swoich tekstach Schuldiner nawiązuje do wcześniejszych płyt. Już na Leprosy w utworze Pull the Plug lider zespołu z Florydy poruszał m.in. temat eutanazji i sztucznego utrzymywania przy życiu wbrew woli.

A request to die with dignity
Is that too much to ask?
Suicide Machine
How easy is to deny the pain
Of someone else's suffering


(Suicide Machine, autor Chuck Schuldiner)

Masvidal pozostaje w cieniu Schuldinera, ale jeśli wsłuchamy się w łamańce, które we wkładce zostały opisane jako "rythm guitar" zdamy sobie sprawę, że obcujemy z tworem kompletnym i absolutnie niepowtarzalnym. Do pełni szczęścia brakuje solówki "drugiego" na takim poziomie, jak ta Bobby'ego Koelble'a z utworu Symbolic na przedostatnim albumie.

Do utworu Lack of Comprehension powstał pierwszy w karierze Death wideoklip. Warto zwrócić na absolutnie zakręconą linię basu, dobrze słyszalną szczególnie przed wejściem wokalu.



Highlightem albumu pozostaje jednak instrumentalny Cosmic Sea. Pierwszy utwór w historii florydzkiego zespołu nagrany bez wokalu, z gościnnym udziałem basisty Scotta Carino. Na deser materiał bootlegowy z prób przed tournee z 1991 roku promującego płytę.




sobota, 7 stycznia 2012

Przewodnik po Bałkanach

Trochę zainspirowany ostatnimi dokonaniami Karola ze Świata Języków Obcych postanowiłem nieco ożywić formułę bloga i napisać coś innego niż recenzję. Ten post będzie czymś w rodzaju mojego autorskiego przewodnika po obszarze Jugosławii oczywiście zaprezentowanego w formie muzycznej.

Po rozpoczęciu studiów filologicznych naturalne było eksplorowanie obszaru byłej Jugosławii również przy pomocy popularnych na tym obszarze utworów muzycznych. Co ciekawe, poprzez poznawanie języka stopniowo zmieniał się zakres mojej tolerancji, mój gust muzyczny zaczął przyswajać dźwięki, o które wcześniej bym się nie podejrzewał.
Zacznę mało sensacyjnie, bo od pozycji kultowej i obowiązkowej, w dodatku podlanej rockowym sosem. Trudno powiedzieć do której z polskich grup można porównać Bijelo Dugme. Może do Perfectu, może do Lady Pank? Grupa dowodzona przez znanego w Polsce bardzo dobrze Gorana Bregovicia to dziś jeden z moich ulubionych zespołów. Stopniowe opanowywanie podstaw języka i zaznajamianie się z tekstami pomogły mi w akceptacji, a później nawet polubieniu utworów, które przedtem wydawały mi się po prostu śmieszne. Najlepszym dowodem jest utwór Selma z pierwszego długograja Białego Guzika. Dziś dla mnie jeden z evergreenów, kiedyś tylko kiczowaty prog rock poznany dzięki zachęcie taty.
Z czasem niemal każdy utwór Bregovicia i spółki przypadł mi do gustu. Nawet jeśli nie podoba mi się wersja oryginalna, to podoba mi się któraś z wersji koncertowych. Jeżeli nie przypadło mi do gustu wykonanie z jednym wokalistą, to zazwyczaj przekonała mnie wersja z innym śpiewającym. Bijelo Dugme panów przy mikrofonie miało trzech, mój ulubieniec to Alen Islamović. Najmniej rockowy, za to najbardziej profesjonalny. A za ten najbardziej serbsko-chorwacki utwór na świecie po prostu go kocham:

Połączenie hymnu Chorwacji z serbską pieśnią patriotyczną, utożsamianą przez wielu z nacjonalizmem i ruchem czetnickim wyszło ostatniemu składowi Bijelo Dugme nadspodziewanie dobrze. Ciekawe ilu słuchaczy tak jak ja słysząc hymn narodowy Chorwatów mechanicznie dośpiewuje sobie serbskie uzupełnienie?

Ważnym etapem mojej bałkańskiej edukacji muzycznej były ćwiczenia z Wiedzy o kraju i kulturze na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza prowadzone przez dra Marina Zekicia. Na jednych z zajęć oglądaliśmy reprezentacyjne dla regionu utwory muzyczne, niektóre z nich pochodziły z kultowych filmów. Dzięki nim poznałem podstawowe pozycje z jugosłowiańskiej kinematografii, miałem też otwartą drogę do dalszych, już samodzielnych poszukiwań. Najbardziej zapadła mi w pamięć oglądana przez nas wówczas scena z pierwszego pełnometrażowego filmu Emira Kusturicy (dziś Nemanji ;) Czy pamiętasz Dolly Bell? Młody Slavko Štimac wykonuje miłosną piosenkę w sposób, którego nie da się zapomnieć. A klip jest świetnym trailerem do filmu i materiałem do ćwiczeń językowych.



Bałkany nie przestają mnie zaskakiwać muzycznie. Odkryciem ostatnich dni stał się dla mnie hip-hop z przymrużeniem oka w wykonaniu grupy Ajs Nigrutin. Plumkanie przy tłustych bitach doskonale sprawdza się jako soundtrack na imprezach. A jak się jeszcze rozumie tekst, to już w ogóle jest świetnie.
Jeśli chodzi o podobne klimaty, to z pewnością na uwagę zasługuje podrzucony mi przez kolegę Wichra Beogradski Sindikat z piosenką o wymownym tytule Samo za BGD (Tylko dla Belgradu). Inny rapowany kawałek o całkiem niezłej warstwie muzycznej i kontrowersyjnym tekście to Mater vam jebem Edo Maajki, znanego bośniackiego rapera.

Kiedy słyszę w radiu kolejny raz Ostatnią nockę Macieja Maleńczuka mam odczucia podobne, jak przy słuchaniu The Man Who Sold The World w wersji Nirvany. Dobra piosenka, ale cover. Chociaż i tak pewnie niewiele osób się o tym dowie. I choćbym edukował wszystkich moich znajomych i tak tej niesprawiedliwości nie zmienię. Dla ciekawych poniżej jedyna słuszna wersja.


Na koniec zostawiłem sobie najsmaczniejsze kąski, czyli najmniej pasujący do mojego gustu muzycznego kawałki, które spotkałem na swoje drodze w edukacji muzycznej dotyczącej Bałkanów. Kilka z nich mnie po prostu śmieszy, kilka darzę sentymentem, niektóre, co dziwne, wręcz uwielbiam. Bałkański pop króluje w mediach, gwiazdy turbofolku są ubóstwiane przez tłumy. Ciekawym przypadkiem jest Jelena Karleuša, prywatnie żona zawodowego piłkarza reprezentującego Crveną Zvezdę, Duško Tošicia. Pani, która wygląda, krótko mówiąc, jakby jej operacje plastyczne robił początkujący chirurg, wykreowała w ostatnich latach nachalnie wrzynający się w głowę kawałek o bezsenności.


Tę kontrowersyjną panią, która w mediach prezentuje się jako bardzo pewna siebie i lubiąca krytykować innych, poznałem za sprawą świetnego telewizyjnego show Šesto čulo. Wtedy jeszcze nie wiedziałem czym się zajmuje, zwróciłem tylko uwagę na jej osobliwy wygląd i intrygujące wypowiedzi. Dużo większe wrażenie robi na mnie chorwacka gwiazda Severina, której Gas, Gas jest obowiązkowym elementem bałkańskich imprez. Na zakończenie kolejna piosenka Lepej Breny, piosenkarki którą podlinkowałem nieco wyżej. Niecodzienna wersja, bo w wykonaniu piłkarzy Crvenej Zvezdy wracającej samolotem po pamiętnym finale Pucharu Europy w Bari w 1991 roku. Najbliżej kamery wielki Dejan Il Genio Savićević.

piątek, 18 marca 2011

Mediolan wzięty!












Mayhem - Mediolanum Capta Est
Pewnie jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłbym, że będę mieć problem z wyborem, którą płytę zespołu Mayhem zaliczyć do ulubionych, którą z nich wyróżnić i napisać jej recenzję. Łatwiej byłoby mi wskazać nieliczne utwory, które wówczas akceptował mój gust muzyczny.
Nie lubię koncertówek. Choć przekornie wiele albumów tego typu uwielbiam. Nie do końca trafia do mnie idea wydawania zapisu z występu na żywo, co dla mnie trochę zaprzecza samej idei uczestnictwa w koncercie. To tak jakby nagrać filmową relację z seansu kinowego. W ogóle w sprawie koncertów mam zdanie podobne do Fenriza.
"Mediolanum Capta Est" to nie pierwsza koncertówka Norwegów. Wcześniej wychodziły rawsoundowe "Live in Leipzig" i "Dawn of the Black Hearts". Obie pozycje dużo bardziej kultowe niż pląsy Norwegów we Włoszech. Mnie nie tak bliskie, choć przyznam, że z wydaniem kasetowym tej pierwszej pozycji miałem do czynienia swego czasu dość intensywnie. I teraz dopiero po obejrzeniu dwóch filmów dokumentalnych o zespole ("Once Upon a Time in Norway" i "Pure Fucking Mayhem") trafiła do mnie umieszczona we wkładce wypowiedź Euronymousa. Pełny "true" haseł atak Norwega na wszystko co nieprawdziwe w metalu dopełnia w moim odczuciu gorzki obraz chorobliwego lidera, kreowany w obu produkcjach głównie przez Kjetila Manheima. Ale miało być o płycie...
Początek tradycyjnie w rytmie "Silvester Anfang". Następny w kolejce "Deathcrush" sprawia, że puls momentalnie przyspiesza. Ten utwór kupił mnie dla tego zespołu od pierwszego razu, kiedy go posłuchałem. Prosty, genialny riff i absolutnie nieziemski skrzek Maniaca. Właśnie jego wykonanie jest dla mnie jedynie słusznie. Z epki "Deathcrush" jest właściwie wszystko oprócz coveru Venom, np. entuzjastycznie przyjęty przez włoskich fanów "Necrolust".
W killerowym "Freezing Moon" można skonfrontować wokal Maniaca z wersją studyjną Attili Csihara. Myślę, że ówczesny gardłowy norweskiej ekipy wypada całkiem dobrze. Nie słychać uporczywego naśladownictwa, ale też nie ma zmieniania na siłę (vide Maciej Balcer i Dżem). Obu panów można usłyszeć w innym kawałku z "De Mysteriis Dom Sathanas", "From the Dark Past", w którym Węgier dołącza do Maniaca na scenie. Sześć lat po śmierci Euronymousa i odejścia Csihara z Mayhem, charyzmatyczny Void występuje w jednym utworze z byłymi kolegami.
Cała reszta oprócz warstwy muzycznej również prezentuje się świetnie. Konferansjerka Maniaca jest dokladnie taka, jaka powinna być. Konkretna, bez zbędnej paplaniny, w dodatku dodająca występowi kontrowersji. Wystarczy posłuchać, co mówi Sven-Erik przed "Fall of Seraphs" czy "Chainsaw Gutsfuck". Świńskimi łbami tym razem nie rzucał. Przynajmniej z tego, co mi wiadomo. Na okładce zaprezentowany został właśnie wokalista w akcji z nożem. Jak widać, coś już zdążył zdziałać, no ale cóż, wszak prawdziwy artysta. W dodatku wpisujący sięw Mayhemową tradycję.

sobota, 27 listopada 2010

Turecki specjał


Cenotaph - Puked Genital Purulency

Odgłosy z rzeźni przeplatane samplami przywodzącymi na myśl soundtracki horrorów z lat 80. Do tego krwisto czerwona okładka, w dwóch makabrycznych wersjach i zdjęcia odciętych kończyn wewnątrz wkładki. Niezrozumiałe teksty i dumnie eksponowany na jednym ze zdjęć t-shirt Mortician. Po prostu rzeźnicki brutal death.

Czwórka muzyków z Ankary na Puked Genital Purulency jest w wybornej formie. Mimo niejako wpisanej w ramy gatunku nieprzystępności materiału, całość jest mało męcząca. Produkcja jest na tyle klarowna, że słuchacz nie męczy się ścianą niezrozumiałych dźwięków. W dodatku klasyczny dla brutal death bardzo głęboki growling bardzo dobrze współgra z muzyką. Chociaż oryginalny na pewno nie jest.

Płyta została zakupiona w ciemno, na bazarze w Istambule, po upewnieniu się, że zespół jest true i że pochodzi z Turcji. Ekipa ze stolicy kraju Ataturka, nagrała po PGP jeszcze trzy krążki. Łącznie ma ich w dorobku pięć. Wydany w tym roku Putruscent Infectious Rabidity różni się już znacznie od albumu z mojej kolekcji. Odmienne brzmienie, bardziej chłodne. Kompozycje szybsze, bardziej skondensowane. Słychać postęp techniczny, ale jeśli miałbym wybierać, to wolę szczere emocje jakich z pewnością mnóstwo jest na drugim albumie bandu z Ankary. Wypadać posłuchać tej płyty, nawet jeśli nie ma się tak jak ja, fioła na punkcie miasta dwóch kontynentów.

wtorek, 23 listopada 2010

Lek na ból głowy


Star of Ash - The Thread

Gdybym miał wybrać najlepszy album poznany dzięki last.fm, to The Thread miałby spore szanse na wygranie takiej rywalizacji. Piękna okładka od razu przyciąga wzrok. Typowo norweska piękność (w końcu życiowa partnerka Ihsahna) Heidi Solberg Tveitan i równie cudowna gablota w tle. Jest klimat, jest tajemnica, jest zaniepokojenie, że muzyka może to pierwsze wejrzenie zepsuć.

Nic z tych rzeczy. Melancholia i przede wszystkim przestrzeń, brak granic i uczucie wypełnienia dźwiękami. Głos Ihriel wręcz hipnotyzuje, w dodatku nie jest jedynym atutem, jak w wielu przypadkach tego typu przedsięwzięć. Na The Thread każdy muzyk jest równie ważny. Całość jest idealne rozplanowana. Długości utworów są takie, że żaden z numerów nie jest w stanie się znudzić.

Atutem albumu jest fakt, że może spodobać się zarówno fanom muzyki w stylu The Gathering, jak i namiętnym słuchaczom trip hopu. Doskonałość kompozycji jest na tyle niepodważalna, że nawet gdyby Ihriel śpiewała wszystkie dziesięć utworów w wymyślonym przez siebie języku, to i tak nie miałoby to znaczenia. Muzyka>>>słowa. Tak było, jest i będzie.

Gdyby ten album był tylko przeciętny, gdyby nawet był słaby, to obecność wśród gości kogoś takiego jak Garm, byłaby podstawowym chwytem mającym przyciągnąć słuchaczy. Ja dodaję to tylko na marginesie. Tym bardziej, że dopiero dzisiaj zdałem sobie sprawę, że lider Ulver maczał w tym cacku palce.

Jeżeli uczysz się języków i stosujesz metody koncentracji w postaci muzyki relaksującej, tak często dodawanej do kursów multimedialnych, to spróbuj starcia ze Star of Ash. Nie wykluczam, że efekt może być niepożądany. Języki raczej na pewno przegrają z chęcią kolejnego odsłuchu jednej z najlepszych norweskich grup muzycznych jakie dane mi było usłyszeć.

Crossing Over

niedziela, 14 listopada 2010

Bunt nierdzewny


Soundgarden - Badmotorfinger

Grunge to gatunek, z którym zaznajomiłem się wyjątkowo późno. To pewnie efekt z jednej strony młodego wieku, w jakim byłem w momencie świetności tego gatunku, z drugiej strony braku dostępu do telewizji satelitarnej przez całe dzieciństwo. Muzyka z Seattle prawie w całości jest dla mnie oznaczona piętnem świadomych poszukiwań i zamierzonych wyborów. Muzyka buntu trafiła do mnie właśnie wtedy, kiedy buntowanie zaczynało mi się powoli nudzić.

Nie wiem dlaczego, ale pierwsze kontakty z nowym zespołem zawsze decydują o moim przyszłym stosunku do niego. Owszem, potrafię się przekonać do czegoś, co na początku mi nie podeszło, potrafię też znudzić się do czegoś, co w pierwszym odczuciu wydaje się wyjątkowo interesujące. Chodzi mi raczej o to, że jeśli po pierwszych starciach z twórczością grupy mam swojego faworyta, ulubiony album, itp. to tak już raczej zostaje. Chociażby z sentymentu. A inne zdanie pozostałych tylko ten wybór umacnia.

Tak też jest w przypadku zazwyczaj drugiego w rankingach albumu Soundgarden. Badmotorfinger od początku został moim faworytem i jest nim do tej pory, mimo że odkrywam coraz więcej interesujących dźwięków na pozostałych albumach. Pierwszym utworem Soundgarden, który zacząłem kojarzyć był w końcu Outshined

I just looked in the mirror
Things aren''t looking so good
I''m looking California
And feeling Minnesota

Płytę przepełniają przeboje. Podążając za kolejnością zaproponowaną przez zespół, Rusty Cage z genialnym wstępem. Zaraz po nim mój walcowaty przebój, a następnie monumentalny Slaves and Bulldozers. Ani sekundy nudy, start idealny by zaciekawić słuchacza. W takich momentach (na płytach bardzo dobrych chwilę później) najczęściej zaczynają się wypełniacze. Taki układ jest najlepszy, bo odbiorca i tak zapamiętuje najlepiej początek i koniec. Tak działa nasz organizm i nic na to nie poradzimy. Siła Badmotorfinger tkwi w tym, że ten longplay wypełniaczy nie zawiera. 57 minut w dwunastu odsłonach, które uparcie powodują, że play wciska się raz jeszcze. Najbardziej dobitne zaprzeczenie fizjologii to utwór szósty. Somewhere z tekstem wydawałoby się banalnym:

I wish to wish I dream to dream
I try to try and I live to live
And I die to die and I cry to cry

...wwiercił się swego czasu w moją głowę tak, że potrafiłem słuchać go dziesiątki razy w oderwaniu od reszty piosenek. Zaraz za nim Searching..., który z każdym słuchaniem irytuje mnie coraz mocniej beznadziejnym wstępem. Na szczęście intro można wybaczyć, gdy utwór rozkręca się na dobre. Żadnego beczenia czy szczekania,  tylko pure Seattle. Miało być bardziej krytycznie, a wyszło po raz kolejny pisanie w stylu tribute. Trudno, taki mam sposób uciekania od  pisania magisterki. Cytując kolejny krążek Ogrodu Just like suicide…